sobota, 18 listopada 2017

Literat - Agnieszka Pruska

Z twórczością Agnieszki Pruskiej miałam już styczność, bo czytałam i recenzowałam Żeglarza, czyli trzeci tom cyklu o komisarzu Barnabie Uszkierze. Zaznaczyłam też wtedy, że z chęcią poznałabym wcześniejsze tomy i ku mojemu zdziwieniu wydawnictwo przysłało mi je. Więc dziś zapraszam na recenzję Literata, czyli debiutu autorki.

Przypadkowy biegacz, wczesnym rankiem zauważa w wykopie siedzącą postać, gdy do niej podchodzi, okazuje się, że to mumia. Na miejsce przybywa ekipa policyjna, której dowodzi komisarz Barnaba Uszkier. Rozpoczyna się śledztwo, które niestety po kilku tygodniach staje w martwym punkcie. Jednak pojawiają się kolejne zwłoki, a każda zbrodnia jest inna, ale równie makabryczna. Czy to sprawka seryjnego zabójcy? Czy komisarz Uszkier z sukcesem zakończy śledztwo? O tym wszystkim musicie przekonać się sami.

„Agnieszka Pruska to autorka serii z komisarzem Barnabą Uszkierem w roli głównej. Podobnie jak jej bohater ćwiczy aikido. Członkini Oliwskiego Klubu Kryminału, felietonistka i recenzentka serwisu Zbrodnia w Bibliotece. Czytelników zaprasza również na swoją stronę www.agnieszkapruska.pl” 

W ostatnim czasie czytałam same romanse i erotyki, więc Literat był świetną odskocznią od kwiatków, serduszek i wszechobecnej miłości. Tym bardziej to świetna odskocznia, gdyż Agnieszka Pruska stworzyła naprawdę interesujący i wciągający kryminał, od którego nie potrafiłam się oderwać. Dużym plusem tej powieści jest jej nieprzewidywalność, bo naprawdę ciężko odkryć, kto stoi za wszystkim morderstwami, więc dla mnie była to prawdziwa czytelnicza uczta, gdyż bardzo lubię główkować, zgadywać i wpadać na własne tropy podczas czytania kryminałów. Nigdy bym nie powiedziała, że to debiut pani Agnieszki, bo książka wcale a wcale nie odstaje od tego, co napisała później. Dla mnie jest to literatura na jak najwyższym poziomie i z czystym sumieniem mogę ją polecić każdemu, kto uwielbia kryminały. 

Muszę przyznać, że autorka jest perfekcjonistką w tym, co robi. Wszystko w książce dopieszczone, dopracowane, a pani Agnieszka opisała samą pracę policji w taki sposób, jakby sama stała gdzieś obok. Dla mnie to ogromny plus, gdyż naprawdę z ogromną przyjemnością śledziłam pracę śledczych, którzy próbowali rozwikłać zagadkę tajemniczych i makabrycznych morderstw.

Literat to świetny kryminał, który trzyma w napięciu do ostatniej strony i w którym naprawdę ciężko odgadnąć kim jest zabójca. To książka nieprzewidywalna, ciekawa z fajną dynamiczną akcją. Ja jestem zachwycona i myślę, że z Wami będzie podobnie.

Gorąco polecam!

Za możliwość przeczytania książki dziękuję Wydawnictwu Oficynka. 

Darsud Li - Ajrun

Dzisiaj mam dla Was książkę, która zaciekawiła mnie bardzo swoim opisem i tym, że została wydana w selfpublishingu (czyli, że autor wydaje książkę sam, a nie we współpracy z wydawcą). Moim zdaniem taka forma wydawania książek zdobywa u nas coraz większą popularność, a dzięki temu można trafić na naprawdę fajne powieści, i nie są one w żaden sposób gorsze, od książek wydawanych w tradycyjnym systemie wydawniczym.

Tak jak wspomniałam. Po dość ciekawym opisie wzięłam się za lekturę powieści, która miała być połączeniem fantastyki z ezoteryką (kojarzyło mi się z tymi wszystkimi programami w których wróżki wróżą z tych swoich kart, ew. z Wróżbitą Maciejem). Byłam bardzo optymistycznie nastawiona i zaraz zobaczycie co z tego wyszło! 

 Wędrówka dusz to zagadnienie, któremu literaci przyglądają się rzadko. A jeśli dodać do tego fantastyczny świat morskich stworzeń, Ajrun wydaje się pozycją odbiegającą od gatunkowej prozy dostępnej na rynku.

To wciągająca fabuła, bez dwóch zdań. W świat ezoteryki wprowadzeni zostajemy powoli: motywy wydają się na początku znane, jakbyśmy w ręku trzymali kolejną historię z pospolitego nurtu fantasy. Jednak już w trzecim rozdziale rytm prozy łamie się, postaci pogłębiają, a rozdzierające bohaterów dylematy wydają się nagle zaskakująco aktualne.

"Czytelnik zaczyna zadawać sobie pytanie, jak blisko jest światu przedstawionemu do otaczającej nas rzeczywistości. Tutaj Ajrun przejawia swoją największą siłę. Magia książki zaskakuje nagle i uderza niczym samotna fala - porównanie nadzwyczaj trafne, bo woda to motyw przewodni tej niesłychanie świeżej prozy.

Postacie z każdym rozdziałem zyskują na wyrazistości, a kolejne zwroty akcji nadają im głębszy rys. Gdy już wydają nam się doskonałymi znajomymi, autor wykonuje karkołomną woltę... Udaną na szczęście, chociaż sam musiał czuć wątpliwość, czy ten pomysł może się udać.

Ajrun jest jak klejnot z okładki. Wiele warstw składa się na wszechświat tej opowieści. Czuć, że autor zawarł tutaj coś więcej, coś nieuchwytnego, coś co odróżnia jego narrację od tysięcy innych prób oddania złożoności życia. Gdy kończymy lekturę, odnosimy wrażenie, że ktoś uchylił dla nas drzwi transcendencji. Jakbyśmy wyjrzeli za dekoracje otaczającej nas rzeczywistości. Opada zachwyt fantastycznymi rekwizytami, pozostaje głębia przeżycia prawdziwego przejścia. Ta książka zmienia."

"Ajrun" to książka z bardzo barwnymi opisami, ale oprócz tego znajdziemy tam także grafiki, które były można powiedzieć troszkę psychodeliczne. Autor pięknie zobrazował nam całą historie, ale jedno bardzo mocno nie podobało mi się w tej historii. Liczyłam na coś bardziej ułożonego, spokojniejszego... Natomiast  styl Autora często był tak pokrętny, że nie dało się tego wszystkiego ogarnąć, przez co moja przyjemność z lektury nieco malała. Nie było to przejrzyste w niektórych momentach, autor możliwe, że za dużo chciał wpleść w fabułę, ale jak wiadomo "co za dużo, to niezdrowo".

I tak właśnie mogłabym podsumować tę książkę. Moim zdaniem jest mocno przedobrzona, mimo tego że sam motyw "zajrzenia w głąb duszy" wydawał mi się naprawdę super, tak wykonanie tego wszystkiego mogę uznać za średnie.

Bohaterów mogłabym opisać jako dobrych, z ciekawą osobowością i historią. Każdy z nich różnił się od siebie, mieli w sobie coś wyjątkowego, przez co mogę śmiało powiedzieć, że to jedna z lepszych rzeczy w tej książce. Dużo nie mogę o nich opowiedzieć, bo wszystko wydaje mi się znaczące, a nie chcę spoilerować.

Reasumując, jeśli kogoś ciekawią takie właśnie eksperymenty, to polecam, ale mi przez ten "bałagan" książka nie do końca przypadła go gustu. Przeszkadzało mi to w odbiorze, ale może Wam się spodoba. 

Dziękuję za przeczytanie Autorowi

Najtwardsza stal - Scarlett Cole



Harper Connelly uciekła przed przeszłością i mężczyzną, który wyrządził jej wiele krzywd psychicznych i fizycznych. Zmieniła imię, nazwisko i zamieszkała w Miami, lecz strach nigdy jej nie opuścił, a blizny szpecące jej plecy, codziennie przypominały jej o koszmarze, jaki przeżyła. Jednak dziewczyna postanowiła definitywnie rozliczyć się z przeszłością i zdecydowała, że zakryje okropne blizny tatuażem. W tym celu udała się do Trenta Andrewsa jednego z najlepszych tatuażystów w Miami. To spotkanie wywróciło życie obojga bohaterów do góry nogami, bo od razu poczuli do siebie wzajemne przyciąganie. Nowe życie, nowy start, nowa miłość. Czy to nie brzmi pięknie? Niestety przyszłość kolejny raz da o sobie znać. Czy wtedy Trent zdoła ocalić swoją ukochaną? O tym przekonajcie się sami.

„Jego pierś, szeroka i mocna, była jak kotwica dla jej niepokoju. Oparła o nie czoło, a jej ręce wisiały wzdłuż ciała, nie była w stanie go dotknąć, mogła tylko stać. Harper wzdrygnęła się, gdy położył jej ręce na ramionach. Zamknęła oczy. Powoli zsunął dłonie po jej rękach i objął ją w pasie, poniżej blizn, które przejęły kontrolę nad jej życiem. Pachniał mydłem, środkiem do prania i męskością. I niczym kwiat w deszczu na pustyni Harper rozwinęła się pod tym dotykiem. Wyprostowała się, zaczęła głębiej oddychać i w niewytłumaczalny sposób poczuła się bezpiecznie w ramionach człowieka, którego ledwie znała.”

„Najtwardsza stal” to bardzo fajny romans, przy którym świetnie spędziłam czas. Historia Harper i Trenta niesamowicie wciąga i ciekawi mimo tego, że jest dość przewidywalna i napisana według utartych schematów. To historia, która z pozoru wydała się mi dość banalna, ale to naprawdę złudne wrażenie, bo koniec końców książka okazała się bardzo wartościową lekturą, a naprawdę tego się po niej nie spodziewałam. Według mnie autorka stworzyła bardzo życiową powieść, która mówi o tym, że zawsze jest odpowiedni czas na to, by o siebie zawalczyć, jak ważne są dokonywane przez nas wybory oraz uświadamia, że miłość nie musi ranić. Scarlett Cole poruszyła także bardzo trudny temat, jakim jest przemoc fizyczna i psychiczna i pokazała, jaki ma wpływ na późniejsze życie ofiary.

"Dante chciał pokazać, że miłość pochodząca od Boga jest czysta, ale gdy trafia w nasze ręce, potrafimy to spieprzyć. My, zwykli śmiertelnicy, często nadużywamy miłości. Miłość zbyt silna może być tylko żądzą, a miłość nadużywająca może doprowadzić do gniewu."

Autorka zachwyciła mnie kreacją bohaterów. Trent zauroczył mnie już na samym początku swoim podejściem do życia, wrażliwością, cierpliwością i oddaniu do tego, co kocha, czyli tatuowaniu. Jeżeli chodzi o Harper to autorka bardzo prawdziwie uchwyciła obraz osoby, która zmaga się z bolesną przeszłością i cały czas boi się swojego oprawcy. Z ogromną przyjemnością obserwowałam zmiany, jakie w niej zachodziły i jak z zalęknionej kobiety zmieniała się w dziewczynę pełną odwagi, cieszącą się miłością i przyjaźnią bliskich jej osób.

Książka napisana jest lekko, przekonująco, a przede wszystkim ze smakiem. Idealna na długie zimne i deszczowe jesienne wieczory. Zapewniam Was, że miło spędzicie przy niej czas i tak jak ja niecierpliwie będziecie wyczekiwać kolejnego tomu i kolejnej historii miłosnej z tatuażami w tle. 

Za możliwość przeczytania książki dziękuję Bisness Culture.

czwartek, 16 listopada 2017

Błękit szafiru - Kerstin Gier

Dziś napiszę Wam troszkę o drugim tomie Trylogii czasu Kerstin Gier, czyli o „Błękicie szafiru”. Jesteście ciekawi, czy ta część dorównała swojej poprzedniczce? Jeżeli tak to zapraszam na recenzję.

Ta część zaczyna się dokładnie w tym samym miejscu, w którym zakończył się tom pierwszy, kiedy to Gideon i Gwendolyn wracają do teraźniejszości. Do świadomości dziewczyny dochodzi fakt, że wszystko, co wokół się dzieje, nie wygląda tak, jak zostało jej to przedstawione. Bo czy na pewno strażnicy mają rację, uznając Lucy i Paula za przestępców? Wiele spraw wymaga wyjaśnienia, a na domiar wszystkiego Gwendolyn nie wie co myśleć o tym, co łączy ją z przystojnym Gideonem, który raz ją uwodzi, a innym razem odtrąca. 

„Kerstin Gier to niemiecka autorka powieści dla kobiet i powieści młodzieżowych. Sukces Trylogii Czasu z dnia na dzień zrobił z niej jedną z najlepiej sprzedających się pisarek niemieckojęzycznych.
Studiowała edukację biznesową i psychologię komunikacji, próbowała swoich sił w wielu miejscach pracy, by w 1995 roku zacząć pisać powieści dla kobiet. Aktualnie mieszka wraz z mężem i synem w okolicach Bergische Land.”

Drugi tom Trylogii czasu jest zdecydowanie lepszy od części pierwszej, choć myślałam, że nie jest to możliwe, bo część pierwsza była naprawdę bardzo dobra. Jednak teraz akcja nabiera tempa już od samego początku, co mnie niezmiernie ucieszyło i porwało od razu w wir niesamowitych wydarzeń. W książce dzieje się bardzo dużo, a jej główną zaletą jest humor, który naprawdę niesamowicie bawi. Ale humor to nie wszystko, bo znajdziemy w niej także perypetie miłosne, podróże w czasie i spotkamy kilku nowych bohaterów tj. Xeneriusa gargulca oraz młodszego brata Gideona, który jest szalonym ryzykantem. Każda z tych postaci odegra jakąś rolę w życiu głównej bohaterki i oczywiście oboje dostarczą Wam sporo rozrywki. Oprócz tego fabuła książki jest wielowątkowa i dość zawiła, ale nie liczcie na to, że w tej części dostanie odpowiedzi na wszystkie pytania, bo co chwila pojawiają się kolejne tajemnice, które nie wróżą nic dobrego.

W tej książce nie ma nic, co mogłoby mi się nie podobać. Jest świetna fabuła, dynamiczna akcja i genialnie wykreowani bohaterowie. Bardzo ich polubiłam, choć nie ukrywam, że był moment, w którym Gideon stracił w moich oczach, ale o tym cicho sza. ;) 

Jeżeli lubicie książki o podróżach w czasie, gdzie humor, romans i tajemnice przeplatają się ze sobą, to ta powieść jest dla Was idealna. To taka książka, od której nie sposób się oderwać, ja spędziłam przy niej świetnie czas i jestem pewna, że z Wami będzie podobnie.

Za możliwość przeczytania książki dziękuję Wydawnictwu Media Rodzina.

środa, 15 listopada 2017

W ogniu namiętności - Sylvia Day

Kolejny raz z rzędu przeczytałam książkę, napisaną w formie opowiadań. Jak podkreśliłam w ostatniej recenzji, nie przepadam za krótką formą, która nie daje mi możliwości zaprzyjaźnienia się z bohaterami na dłużej, a ja lubię przywiązywać się do postaci książkowych, co w efekcie często przysparza książkowego kaca :) Niestety taka dola blogera, nie zawsze mamy wpływ na to, co czytamy. Nie mniej jednak spróbuję przybliżyć Wam zbiór opowiadań „W ogniu namiętności”.

„Cztery gorące historie, cztery fascynujące opowieści z namiętnością w roli głównej. Rachel, Layla, Ana i Darcy: cztery kobiety, których całkowicie odmienne życiowe ścieżki prowadzą do tego samego celu: wielkiej, wszechogarniającej, dzikiej i bezpruderyjnej miłości. Nie ma fantazji, której nie można zrealizować, nie ma rozkoszy, po którą nie można sięgnąć, nie ma zasad, których nie można złamać. Są pragnienia, fantazje i żądze, które trzeba zaspokoić. Za wszelką cenę. „

Podejrzewam, że Sylvii Day nie trzeba nikomu przedstawiać. Autorka bestsellerowej trylogii o Gideonie Crossie ma na swoim koncie kilkanaście romansów i powieści erotycznych, które znalazły spore grono fanów na całym świecie. Tym razem pokusiła się o napisanie opowiadań. Czy taka forma zdobędzie równie liczne grono wielbicieli?

Niestety mnie książka nie zachwyciła, pomijając już nawet fakt, że nie lubię opowiadań. Przeczytałam już kilka książek tej autorki (seria Crossfire to jedna z moich ulubionych jak nie najulubieńsza seria z tego gatunku) jednak tym razem odniosłam wrażenie, że albo Day straciła formę, albo po prostu „popełniła” książkę dla kasy taką „na odwal”. Obydwie opcje są jak najbardziej możliwe.

„W ogniu namiętności” to cztery historie miłosne, przepełnione wszechogarniającą namiętnością, do której sprowadza się cała książka. Cztery różne opowieści, których wspólnym mianownikiem jest praca, jaką wykonują męscy bohaterowie, mianowicie są funkcjonariuszami służb specjalnych. Wokół tego tematu zbudowane są fabuły tych opowiadań i mogłoby się wydawać, że temat na tyle atrakcyjny, że powstanie coś naprawdę fajnego. Niestety tak się nie stało. Powiem szczerze, historie są po prostu nudne (może poza jedną „Wytrzymać wszystko„, którą nawet dobrze mi się czytało). Bohaterowie wyidealizowani, wręcz przerysowani, bohaterki, jak to w dzisiejszych czasach silne, wiedzące czego chcą i bezpruderyjne, co samo w sobie nie jest niczym złym, jednak mam takie wrażenie, że autorka zredukowała je trochę do takich „kotek w rui”, które poza seksem niewiele oczekują od życia.
Jest jeszcze jedna rzecz, która mnie strasznie mierzi, mianowicie wulgaryzmy, jakich używa autorka. I choć w innych jej książkach nie przeszkadzały mi w ogóle, tak tym razem raziły ogromnie, były niesmaczne, chociaż niesmaczne to chyba niewłaściwe słowo, po prostu nie na miejscu. Z drugiej strony jednak, zdaję sobie sprawę, że po trosze może być to wina tłumacza. Jak wiadomo, nasz język jest ubogi w określenia, których można użyć, aby nazwać męskie czy żeńskie narządy płciowe. I tu jest pies pogrzebany. Zazwyczaj są one albo wulgarne, albo naukowo – medyczne czy zbyt infantylne. No cóż. Podziwiam jednak autorki, które radzą sobie, i to nawet całkiem dobrze bez tego całego nazewnictwa.

Myślę, że moja niezbyt pochlebna recenzja tak naprawdę nie zaszkodzi Sylvii Day, jak i również nie odwiedzie nikogo od czytania jej książek. Ja sama je lubię i na pewno przeczytam jeszcze nie jedną. 

Za możliwość przeczytania książki dziękuję wydawnictwu Akurat.

Arsen - Mia Asher (PREMIEROWO)



„Wystarczyło jedno spojrzenie…

Jestem oszustką.
Jestem kłamczuchą.
Moje życie to jeden wielki bałagan.

Kocham mężczyznę.
Nie, kocham dwóch mężczyzn…
Tak sądzę.

Jeden z nich odwzajemnia to uczucie. Drugi sprawia, że płonę.
Jeden jest moją opoką. Drugi – kryptonitem.

Jestem załamana, zagubiona i zniesmaczona samą sobą.

Ale nie potrafię się powstrzymać. Oto moja historia.
Opowieść o mojej nieszczęśliwej miłości.”

Recenzję tej powieści miałam sobie zostawić na później, ale postanowiłam, że napiszę ją zaraz po skończeniu lektury, by moje emocje zbytnio nie opadły, a uwierzcie mi na słowo, że one cały czas krążą w mojej głowie, bo niełatwo zapomnieć o takiej książce i tym, co czułam, gdy ją czytałam. Od razu Was ostrzegę, że tę książkę najlepiej czytać, po wypiciu kubka melisy, zażyciu kilku tabletek relanium, bądź wypiciu sporej dawki alkoholu. Naprawdę jest to niezbędne, by utrzymać emocje na wodzy. Sama nie raz chciałam rzucić książką o ścianę, a najlepiej, gdybym znalazła się w jej środku i nakopała głównej bohaterce do dupy, bo to właśnie ona była zapalnikiem wszystkich złych emocji, które odczuwałam. 

„Nie zakochałam się tak po prostu. Chwyciłam miłość za rogi, a potem poniosłam spektakularną klęskę.”

Chylę czoła przed Mią Asher za kreację bohaterów, bo naprawdę niełatwo jest stworzyć tak wiarygodne i prawdziwe postacie, które różnią się od siebie diametralnie. Niełatwo jest także stworzyć główną bohaterkę, w taki sposób, by nie móc jej polubić, ale Cathy się nie lubi, ją się nienawidzi. To kobieta, która wywołała we mnie same negatywne emocje... złość, wściekłość i w ogóle nie potrafiłam jej współczuć, ja wręcz, czekałam na to, by życie dało jej w kość, by dało jej popalić. Pod jej adresem rzucałam wiele obraźliwych komentarzy, bo niestety była dla mnie wredną zapatrzoną w siebie suką, która robiła wszystko, tylko by jej było dobrze. Nie mogłam zrozumieć, jak mogła tak postąpić wobec męża, który gdyby tylko chciała, skradłby dla niej gwiazdkę z nieba. Nie myślcie jednak, że Ben był chodzącym ideałem. Nie, tak nie było, miał on tak samo wady jak wielu z nas. 

„Miłość nie powinna ranić. Miłość powinna leczyć, być ucieczką od nieszczęścia, sprawiać, by jebane życie było coś warte. Ale gdy patrzę na swoją żonę, wiem, że to wszystko pierdolenie.
Miłość może zniszczyć.
Miłość może pogrzebać cię żywcem w trumnie pełnej bólu i rozpaczy, odebrać ci oddech, odebrać wolę życia.”

No i na koniec Arsen, młody chłopak, z którym mam ogromny problem, bo już na samym początku przypięłam mu łatkę playboya i bogatego chłoptasia, który wykorzystywał swój urok, czar i pieniądze, by zaciągać dziewczyny do łóżka. Niestety zakończenie książki ukazało, go  zupełnie innym świetle i moje całe wyobrażenie o nim pękło jak bańka mydlana.

Jeżeli miałabym tę książkę określić tylko jednym słowem, to brzmiałoby ono GENIALNA. To taka książka, która pochłania bez reszty, hipnotyzuje i nie pozwala o sobie zapomnieć. Mówi się, że dobrą książkę poznaje się po emocjach, tych złych i tych dobrych, a tutaj Wam tego nie zabraknie. Ja czułam wściekłość, żal, smutek i naprawdę nie potrafiłam pogodzić się z wyborami Cathy. Przyznam się też Wam do tego, że popłakałam się, czytając tę historię, płakałam nad losem Bena, który został tak mocno skrzywdzony przez osobę, która była dla niego całym światem. Bez wątpienia jest to piękna historia, ale i smutna, która daje dużo do myślenia, bo to co spotkało tę trójkę bohaterów, dotyka wielu ludzi na całym świecie, bo zdrada istniała, istnieje i będzie istnieć nadal...

„Cathy.
Moja przyszłość, teraźniejszość i przyszłość – moja wieczność.
A przynajmniej tak myślałem.”

Polecam Wam tę powieść z całego serca. To historia, którą pokochacie, albo znienawidzicie, wybór należy do Was, ale na pewno o niej nie zapomnicie.

„Każdy czyn ma swoje konsekwencje. Nieważne, czy będzie się próbowało przed nimi uciec. W końcu i tak nas dopadną.”

Na sam koniec napiszę Wam jeszcze tylko, że to książka, która jest bardzo nieprzewidywalna i naprawdę ciężko domyślić się, co znajdzie się na kolejnej stronie, a tym bardziej jakie będzie zakończenie.


Za możliwość przeczytania książki dziękuję Wydawnictwu Szósty Zmysł.

Premiera: 15.11.2017


Uziemieni - R.K. Lilley

„Przyszłość jest mglista i pełna niewiadomych, a przeszłość nie daje o sobie zapomnieć.”

Historia Bianki i Jamesa zbliża się wielkimi krokami ku końcowi. W ich życiu osobistym zachodzi wiele zmian. Bianka nie jest już w stanie zaprzeczać swoim uczuciom, a sam James zdał sobie wreszcie sprawę, że to Bianka jest dla niego najcenniejsza. Kobieta decyduje się na wielki krok i postanawia zamieszkać z ukochanym. Tylko czy to na pewno koniec kłopotów? Przyszłość cały czas nie jest pewna, tym bardziej że przeszłość nie daje o sobie zapomnieć i kolejny raz daje o sobie znać. 

Dwa poprzednie tomy tej serii czytałam już jakiś czas temu i miałam ogromny problem, by znów wkręcić się w historię Bianki i Jamesa. Pierwsze kilkadziesiąt stron czytałam kilka dni i naprawdę wydawało mi się, że nie uda mi się doczytać do końca. Na całe szczęście później wróciłam na stare tory i z przyjemnością śledziłam, to co zgotował dla tej dwójki los. W książce sporo się dzieje, więc na pewno nie jest nudno, a na dodatek pojawia się wątek sensacyjny, który został idealnie wpleciony w fabułę. „Uziemieni” to trzeci i ostatni tom, który jest opowiedziany z perspektywy głównej bohaterki, bo przed nami jeszcze jedna część, czyli „Pan Przystojny”, która jest przedstawiona oczami Jamesa. Jestem jej bardzo ciekawa, gdyż nie każdy autor potrafi mnie zadowolić, pisząc tom z perspektywy męskiego bohatera. 

„Uziemieni” to także najlepsza część serii, najciekawsza, najbardziej dopracowana i spójna. Autorka zadziwiła mnie także zmianą jaka zaszła w Jamesie, w poprzednich tomach irytował mnie niemiłosiernie swoją maniakalną zazdrością, ale za to teraz bardzo często można było dostrzec w nim szczere, prawdziwe i normalne uczucia. Jeżeli chodzi o Biankę, to też zyskała w moich oczach, bo choć może nie zmieniła się diametralnie, to bardzo obniżyła mój poziom irytacji swoją osobą. 

W tej części sceny seksu także zostały najlepiej opisane, bo choć bohaterowie cały czas praktykują BDSM, to jednak teraz ich zbliżenia były zupełnie inne, dzikie pełne pasji i namiętności. Do tego wszystkiego autorka opisała to w bardzo obrazowy sposób, więc uwierzcie mi na słowo, że moja wyobraźnia pracowała na największych obrotach, bo miała ogromne pole do popisu, z czego jestem w stu procentach zadowolona.

Przyznam się Wam szczerze, że spędziłam przy tej serii fajnie czas, bo choć nie jest to literatura wysokich lotów i nie znajdziecie w niej nic odkrywczego, to autorka potrafi zaciekawić i wciągnąć w wir wydarzeń, w szczególności w tej części, która naprawdę moim zdaniem jest najlepsza. Więc jeżeli lubicie takie książki, to sięgnijcie po serię „W przestworzach”, która opowiada o namiętnej miłości Jamesa oraz Bianki.

Za możliwość przeczytania książki dziękuję Editio Red.