niedziela, 24 września 2017

Przebudzona - Iga Wiśniewska (PATRONAT MEDIALNY)

Ostatnio zdałam sobie sprawę z tego, że uwielbiam wiele gatunków literackich. Nie mam jednego ulubionego i można powiedzieć, że cały czas skaczę z kwiatka na kwiatek w literackim świecie. Jednym z gatunków, który bardzo wysoko plasuje się na mojej liście to fantastka i wszystkie jej odłamy, którą wręcz ubóstwiam i mogłabym czytać ją chyba cały czas. Niestety ma to też swój minus, bo naprawdę ciężko mnie czymś zaskoczyć, wydaje mi się, że po prostu wszystko, co najlepsze zostało już napisane i teraz jedynie można powielać scenariusze. Czy najnowsza powieść Igi Wiśniewskiej dostarczyła mi nowych wrażeń? Czy po przeczytaniu jej książki mogę z ręką na sercu przyznać, że fantastyka potrafi mnie jeszcze zaskoczyć? Jeżeli jesteście tego ciekawi, to zapraszam Was na recenzję „Przebudzonej” książki, którą nasz blog objął patronatem medialnym.

Kolejny raz wracamy do Wolnego Miasta Rades, tym razem ani zwykli, ani paranormalni mieszkańcy nie mogą czuć  się w nim bezpiecznie. Po zmroku ulice pustoszeją, gdyż pojawia się tajemnicza bestia, która przez kilka nocy w miesiącu poluje na ludzi i brutalny morderca, który bez skrupułów zabija paranormalnych. Każdy drży o swoje życie, więc David , władca zmiennokształtnych musi dowiedzieć się, czy obie te sprawy coś ze sobą łączy. Jak najszybciej musi zabić bestię i dorwać mordercę, ale by tego dokonać musi poprosić o pomoc nie tylko naukowca i medium, ale także kobietę, która powinna być martwa.

Iga Wiśniewska pochodzi z Kielc. Studiowała w Lublinie, gdzie skończyła dwa licencjaty. Jest miłośniczką kultury rosyjskiej i wysokich temperatur. Lubi mocniejsze brzmienie i książki, w których na końcu wszyscy giną, ale w swoich książkach nie uśmierciła aż tak wielu bohaterów. Debiutowała w 2013 roku książką „Nocny motyl”.

„Przebudzona” to świetna kontynuacja „Przeklętej” i myślę, że każdy niecierpliwie czekał na tę powieść, by dowiedzieć się, co było dalej, bo zakończenie części pierwszej pozostawiło mnie, jak i pewnie innych czytelników w ogromnym zawieszeniu. Powiem Wam, że warto było tyle czasu czekać na kontynuację, bo to powieść pełna lekkości i świeżości, której brakuje innym książkom z gatunku Urban fantasy. Poza tym bardzo lubię książki, które wychodzą spod pióra Igi Wiśniewskiej, potrafi mnie ona zaskoczyć, a to cenię sobie najbardziej w literaturze. 

Powieść ta ma wiele atutów. Jednym z nim jest akcja, która cały czas jest wartka i nawet jeśli miejscami zwalnia tempo, to po chwili znów pędzi oszałamiająco do przodu. Pojawia się wiele tajemnic, a napięcie możemy odczuwać prawie przez cały czas. Dzięki temu przez książkę wręcz się płynie i nawet nie zdajemy sobie sprawy, kiedy znajdujemy się na jej końcu. Poza tym autorka kolejny raz  sprawiła nam psikusa i zakończenie wbiło mnie w fotel, potęgując ogromną ciekawość, co wydarzy się dalej. Niestety teraz trzeba znów czekać, ale jestem przekonana, że warto.

Następnym atutem jest narracja, która została poprowadzona w osobie pierwszej, ale z perspektywy kilku bohaterów. Dzięki temu zabiegowi nasza wiedza staje się bardziej obszerna, bo na wszystko możemy spojrzeć z wielu perspektyw. Cieszę, że autorka zrobiła to właśnie w taki sposób, choć nie ukrywam, że miałam obawy, bo to zabieg dość trudny i nie każdemu autorowi się on udaje. Jednak na całe szczęście tutaj nikt nie został pominięty i każdemu bohaterowi poświęciła autorka tyle samo czasu i uwagi. Naprawdę jest to nie lada sztuką, by żadna z postaci nie została na uboczu i nie czuła się poszkodowana, tym bardziej że to mieszanka różnych charakterów.

Bez wątpienia jest to książka pełna tajemnic, napięcia, zagęszczającej się atmosfery grozy, pełna tajemniczych wątków, a to wszystko okraszone jest sporą dawką dobrego humoru, dzięki któremu uśmiech nie raz gościł na mojej twarzy. 

„Przebudzona” to porywająca i pochłaniająca historia o zemście, poświęceniu, ale przede wszystkim o trudnych wyborach. To kolejna świetna książka w dorobku twórczym Igi Wiśniewskiej, którą Wam serdecznie polecam. To niebezpieczna wyprawa do Wolnego Miasta Rades, której na pewno nie zapomnicie.

Myślę, że przypadnie ona do gustu wszystkim fanom gatunku.

Polecam!

Za możliwość przeczytania książki dziękuję autorce oraz Wydawnictwu Lucky. 

sobota, 23 września 2017

Love Line - Nina Reichter (PATRONAT MEDIALNY - PRZEDPREMIEROWO)

Nina Reichter podbiła serca czytelników, w tym i moje swoją trylogią „Ostatnia spowiedź”. Niestety bardzo długo trzeba było czekać na jej kolejną powieść, ale jak to mówią... cierpliwość popłaca i dziś zapraszam Was na recenzję jej najnowszej książki pt. „Love Line”.

„Gdy spotkasz kogoś, w kim mógłbyś się zakochać, wiesz o tym od razu”

Matthew i Bethany poznali się kilka lat wcześniej i spędzili ze sobą jeden dzień. Po siedmiu latach zrządzeniem losu Matthew spotyka Beth przy stoliku pewnej bardzo nietypowej restauracji. Wtedy jeszcze nie wie, kim jest tajemnicza kobieta, ale po kilku dniach orientuje się, że to Beth. Podczas kolejnych spotkań oboje czują do siebie wzajemne przyciąganie, ale mężczyzna wie, że nie może pozwolić sobie na związek z Bethany. Kobieta postanawia, że ich spotkania będą czysto zawodowe i Matt pomoże napisać jej artykuł marzeń, który zbliży ją do awansu. Co z tego wyniknie? Przekonajcie się sami.

„Nina Reichter urodziła się w Polsce. Razem z mężem mieszka za granicą. Prywatnie jest fanką kuchni fusion, wielbicielką kotów rasy Devon Rex i – jak mówi - „team playerem”. Pytana o motto życiowe, wymienia jedno: „Nie być roszczeniową”. Na pytanie, czy kocha pisać odpowiada: „Nie wiem nawet, czy to lubię. Na pewno jednak lubię, gdy jest już napisane.” W 2012 roku wydała swoją debiutancką powieść pt. „Ostatnia spowiedź”, która pobiła serca tysięcy czytelników.”

Bardzo się cieszę, że Nina Reichter, w końcu postanowiła wydać swoją kolejną powieść, bo po Ostatniej spowiedzi, cały czas czułam niedosyt. Cieszę się także z tego, że jako bloger mogłam tę książkę przeczytać przedpremierowo. Szczerze powiedziawszy, nie wiedziałam, czego mogę się po niej spodziewać, ale opis niesamowicie mnie zaintrygował i przeczuwałam, że książka wywrze na mnie duże wrażenie. Czy się pomyliłam? Oczywiście, że nie, bo powieść ta okazała się wyborną czytelniczą ucztą i niecierpliwie czekam na kontynuację, bo mój apetyt został nienasycony.

Autorka w swojej książce przedstawia nam historię dwójki dość młodych osób. Matthew to przystojny młody psycholog, który doradza kobietom, jak zbudować związek, który je zadowoli i w którym nie pozwolą sobą manipulować. Jego audycja Love Line przyciąga miliony słuchaczek, którym cały czas podsuwa właściwe wskazówki. Żyje w stałym związku z Bree, ale to relacja, która jest mu po prostu na rękę. Bethany to młoda kobieta, która jest właśnie w trakcie rozwodu. Pracuje w magazynie dla kobiet i otrzymuje zlecenie napisania artykułu, który obnaży metody stosowane przez trenerów podrywu. Nieetycznych manipulantów, którzy radzą innym mężczyznom, jak zaciągnąć kobiety do łóżka. Idealnym kandydatem, który może pomóc napisać jej ten artykuł, jest Matt. Dzięki spotkaniom oboje zbliżają się do siebie, ale czy będą mieli szansę stworzyć związek, jeżeli pomiędzy nimi jest tak wiele tajemnic? Tego musicie dowiedzieć się sami.

„To, ile komuś dajesz, powinno być odbiciem tego, ile on daje tobie. A nie tego, jak bardzo chcesz z nim być.”

Muszę przyznać, że autorka włożyła w tę powieść wiele pracy, gdyż bardzo skrupulatnie przedstawiła kulisy „pracy” takich trenerów. W ogóle muszę się Wam przyznać, że doznałam szoku, bo nie zdawałam sobie sprawy, że takie osoby istnieją (chyba już po prostu jestem stara), ale sprawdziłam w internecie i nie mogłam uwierzyć, jak zobaczyłam ilość wyników przypisanych trenerom podrywu. No, ale cóż świat się zmienia i jak widać mężczyźni, coraz bardziej idą na łatwiznę i stosują niefajne metody podrywania kobiet.

Kreacja bohaterów wyszła autorce perfekcyjnie i to wszystkich, nie tylko tych pierwszoplanowych. Muszę przyznać, że największym zainteresowaniem obdarzyłam Matta, który od samego początku mnie intrygował i fascynował. Choć wydawać by się mogło, że ma wszystko, o czym marzy każdy mężczyzna: piękna kobieta, mieszkanie i sława, to był nieszczęśliwy. Odniosłam wrażenie, że dopiero przy Beth zaczynał żyć pełną piersią. Bardzo go polubiłam mimo tego, że czasami działał mi na nerwy, ale ja po prostu lubię bohaterów, którzy wywołują we mnie skrajne emocje. Jeżeli chodzi o Beth, to jest to kobieta, która po zdradzie męża zwątpiła w swoją kobiecość, ale niespodziewane spotkanie Matta pozwoliło jej uwierzyć w to, że jeszcze ma szansę być szczęśliwa. Czy na pewno?

Nic więcej Wam nie zdradzę, ale uwierzcie mi na słowo, że „Love Line” to powieść, którą koniecznie musicie przeczytać. To Nina Reichter w nowym i może nawet lepszym wydaniu.

Nina Reichter kolejny raz udowodniła mi, że jej powieści są piękne, pełne pasji i pochłaniają bez reszty. „Love Line” to słodko - gorzka opowieść o ukrytych pragnieniach, pełna półprawd, niedomówień i kłamstw.

Gorąco polecam!

Za możliwość przeczytania książki dziękuję autorce i wydawnictwu Novae res.

Premiera 25 października.




piątek, 22 września 2017

Nie ma jej - Joe Fielding

Często zdarza mi się trafić, na książkę, której tytuł ma niewiele wspólnego z jej treścią, jednak w przypadku „Nie ma jej Joy Fielding, było nad wyraz jasne, co się wydarzy. Nie jestem fanką thrillerów i gdy tylko zorientowałam się, że to jest właśnie taka książka, nie ukrywam, że była troszeczkę wrogo do niej nastawiona, jednak bardzo się co do niej pomyliłam i cieszę się z tego.

Książka opowiada historię Caroline Shipley, kobiety sukcesu, która ma wszystko, o czym zawsze marzyła. Cudownego męża, kochające dwie córeczki i pracę, którą zawsze chciała wykonywać. Jedynie kontakty z matką przysparzają jej problemu, gdyż nigdy nie mogły się dogadać. To Stive, jej brat był syneczkiem mamusi z resztą, dalej nim jest. Caroline obiecała sobie, że nigdy nie będzie faworyzować żadnej ze swoich córek, nie zrobi im tego, co jej zrobiła matka…

Hunter postanowił zabrać swoją żonę i dzieci do Meksyku, by tam spędzić z najbliższymi, kolejną dziesiątą już rocznicę ślubu. Żeby tego było mało, postanowił iż ten cudowny okres spędzą w gronie najbliższych przyjaciół Peggy i Fletchera, Jerroda i Rain oraz brata i jego żony Becky. Zapowiadał się cudowny urlop w malowniczym Hotelu Grand Laguna.

Dni mijały, wszyscy świetnie się bawili, 2-letnia Samantha spędzała dnie z matką, podczas gdy jej starsza siostra Michelle połowę dnia ’’bawiła się ’’ w Hotelowej świetlicy z innymi dziećmi. Każdego wieczoru dziewczynki zostawały pod opieką opiekunki  i gdy rodzice do nich wracali, spały wykończone całym dniem zabaw. Tak samo miało być w wieczór rocznicy ślubu Caroline i Huntera…

Idealny mąż zorganizował uroczystą kolację rocznicową, w której udział brali wszyscy najbliżsi jego i Caroline. Wszystko stanęło pod znakiem zapytania, gdy umówiona, jak co wieczór opiekunka do dzieci nie pojawiała się w ich pokoju. Zaniepokojeni rodzice zatelefonowali do recepcji, zapytać co się dzieje, recepcjonistka poinformowała ich, że odwołali rezerwacje na opiekę tego wieczoru i aktualnie nie ma dostępnej żadnej osoby, która mogłaby zająć się ich dziećmi. Hunter widząc, że ich córki smacznie śpią, namawiał żonę, by je zostawili, proponując, by na zmianę co pół godziny sprawdzali, czy z dziećmi wszystko w porządku.  Caroline po namowach niechętnie przystała na tę propozycję, przecież ich apartament znajduje się zaraz na restauracją, w której mają świętować, wystarczy lekko unieść głowę i od razu go widać. Przecież to duży Hotel, ma ochronę i monitoring, nic złego stać się nie może, nie im. W trakcie kolacji rodzice co trzydzieści minut sprawdzali, czy córki przypadkiem się nie obudziły, jednak one cały czas spały, wszystko układało się idealnie. 

Po cudownym wieczorze wrócili do pokoju i właśnie wtedy odkryli, że Samantha zniknęła… Przecież nie mogła tak po prostu wyjść z łóżeczka i gdzieś się oddalić, po chwili dotarło do nich, że ich córka została porwana. Ruszyli niebo i ziemię, by znaleźć córeczkę niestety nieskutecznie. Nie znalazła się w hotelu ani w okolicy. Meksykańska Policja nie mogła nic zrobić, Samantha po prosty zapadła się pod ziemię lub rozpłynęła w powietrzu. Przecież nikt bliski nie skrzywdziłby małego niewinnego dziecka! Prawda? 

Ten wieczór zmienił życie Caroline, Huntera i Michelle na zawsze. 

Rozpad małżeństwa, trudne kontakty z Michelle, utratę pracy i problemy ze znalezieniem nowej, coroczne powroty do najcięższego dnia życia. Z tym wszystkim przez lata musiała mierzyć się Caroline. Oczywiście w najcięższe momenty przydarzały się w rocznice zaginięcia ukochanej córki, brukowce prześcigały się w spekulacjach, co tego dnia wydarzyło się w Meksykańskim kurorcie oraz publikowały coraz to nowe zdjęcia ukazujące jak ’’dziś’’ miałaby wyglądać Samantha. Naturalnie po tych publikacjach zdarzały się telefony z sygnałami, iż Samantha pojawiła się tu i ówdzie. Zrozpaczona Caroline łapała się każdej nadziei, by odzyskać córkę jednak bezskutecznie. 

W okolicach 15 rocznicy zaginięcia pojawił się kolejny sygnał. Ten był jednak inny niż zwykle… 
Pojawiła się nowa nadzieja na rozwiązanie zagadki sprzed lat. 
Niestety nie jest ona cudownym filmowym Happy Endem… 

„Nie ma jej”  jest książką, przy której nie sposób przejść obojętnie, dramat rodzinny, jaki rozgrywa się na kartkach powieści, zmusza czytelnika do refleksji nad własnym życiem rodzinnym. Nad tym, jak sami poradzilibyśmy sobie z nagłą utratą bliskiej osoby i na nowo wracającymi nadziejami na cudowne zakończenie, które nie zawsze się przydarza. Joy Fielding prowadzi fabułę w taki sposób, iż bardzo ciężko oderwać się od książki nawet na chwilę, mimo że czasem po prostu trzeba zrobić sobie przerwę, by pozbierać własne myśli i uspokoić rozum. 

Powieść jest zbudowana w bardzo interesujący i pomocny czytelnikowi sposób. Aktualne wydarzenia przeplatają się z wspomnienia z ubiegłych lat, co pozwala czytelnikowi lepiej poznać sytuacje w jakiej znalazła się rodzina Shipleyów. Pomaga zrozumieć. 

Ostatnią rzeczą, jaką chce wspomnieć, jest moment, w którym otworzyłam książkę po raz pierwszy i ujrzałam jej tytuł „Nie ma jej”, chwilę potem biegiem zapoznałam się z opisem książki i już wiedziałam, że z czymś mi się kojarzy. Wystarczyło wpisać w wyszukiwarkę hasło ’’zaginiona dziewczynka, hotel’’ i już wiedziałam, co mój mózg usiłuje mi przypomnieć. Sprawa trzyletniej Madeleine McCann, która w 2007 roku została porwana z pokoju hotelowego, gdy jej rodzice zostawili ja w nim, a sami udali się na kolacje z przyjaciółmi. Choć od tego dnia minęło już 10 lat, mam nadzieje, że dla rodziców sprawa zakończy się szczęśliwie i kiedyś Madeleine wróci do domu. To właśnie wydarzenia z kwietnia 2007 roku zainspirowały Joe Fielding do napisania tej powieści.

Za możliwość przeczytania dziękuje wydawnictwu: Świat Książki

czwartek, 21 września 2017

Zachód słońca w Central Parku - Sarah Morgan

Bardzo lubię książki o miłości, więc to nic nadzwyczajnego, że takich recenzji na blogu jest najwięcej. No, ale cóż, jestem kobietą i zawsze całą sobą przeżywam takie historie. Trzymam kciuki za bohaterów, kibicuję rodzącym się uczuciom, a jak zakończenie ma happy end, to jestem w siódmym niebie. Ostatnio w propozycjach recenzyjnych trafiłam na książkę, której okładka wywarła na mnie duże wrażenie, a opis spotęgował ciekawość. Ta książka to „Zachód słońca w Central Parku” i dziś mam dla Wam jej recenzję. Zapraszam.

Frankie jest kobietą konkretną i rzeczową. Nie wierzy w związki i ich szczęśliwie zakończenia. Według niej każde małżeństwo rozpadnie się wcześniej lub później, a sama miłość prowadzi tylko do bólu i łez. Strasznie przeżyła rozwód rodziców i nie ma zamiaru powielać ich błędów. Ma pracę, którą uwielbia i cudowne przyjaciółki, na które zawsze może liczyć. Frankie przyjaźni się także z Mattem, który jest bratem Paige. Matt zmaga się z traumą po nieudanym związku i po kobiecie, która go oszukiwała. Gdy mężczyzna zaczyna interesować się Frankie inaczej niż przyjaciel, ta wycofuje się i ucieka w popłochu. Czy Mattowi uda się przebić przez mur, którym otoczyła się Frankie? Czy przeszłość nie stanie im na przeszkodzie? Przekonajcie się sami.

"Sarah Morgan uważa, że romanse to najbardziej satysfakcjonująca z rozrywek. Od dziecka chciała być pisarką i chociaż jej życie nie zawsze podążało w tym kierunku, wreszcie się udało. Jej powieści są optymistyczne, za co często dostaje podziękowania od swoich czytelniczek.
W swojej pracy łączy biznes z przyjemnością. Krytycy określają jej powieści mianem „seksownych i pełnych akcji”. Czy może być lepsza zachęta do czytania?" 

„Zachód słońca w Central Parku” to drugi tom cyklu Pozdrowienia z Nowego Jorku. Niestety nie wiem, jak to się stało, ale przegapiłam część pierwszą i koniecznie muszę ten błąd naprawić. Jeżeli ktoś z Was też nie ma poprzedniczki, to nie przejmujcie się, bo książkę można czytać bez obaw oddzielnie, gdyż tym razem poznajemy historię Frankie, kolejnej z trójki przyjaciółek.

To bardzo fajna komedia romantyczna, która wciąga od pierwszej strony. Już na samym początku zostajemy wciągnięci do codzienności głównej bohaterki i poznajemy jej przyzwyczajenia. Stopniowo także są odkrywane przed nami przyczyny jej kompleksów i uprzedzeń, dzięki temu bardzo łatwo nam zrozumieć jej stosunek do związków i do miłości. Myślę, że wiele z Was nie będzie miało problemu, żeby się z nią utożsamić, bo jest ona osobą niezwykle ciepłą, sympatyczną i delikatną. Bardzo ją polubiłam i cały czas kibicowałam Mattowi w walce o u uczucia Frankie. Poza tym Matt, to bohater, który bardzo szybko podbił moje serce, chyba najbardziej urzekła mnie w nim jego pewność siebie, która była jedynym sposobem, by obalić mur, którym otoczyła się kobieta. Jego wytrwałość była po prostu godna podziwu. 

„Nie można kochać kogoś, kto nie chce być kochany.” 

Książka zawiera w sobie wiele emocji, które dla czytelnika stają się bardzo namacalne i łatwo odczuwać je wraz z bohaterami. Jest radość, smutek, gniew, namiętność i pożądanie. Po prostu mieszanka idealna.

„Zachód słońca w Central Parku” to niesamowicie wciągająca historia o przyjaźni, miłości i pożądaniu. Więc jeżeli lubicie historie, przy których w Waszych brzuchach harcują motyle, to ta powieść będzie dla Was idealna. Ja spędziłam przy niej miło czas i na pewno sięgnę po inne książki autorki, gdyż myślę, że warto poznać całą jej twórczość.

Za możliwość przeczytania książki dziękuję Wydawnictwu HarperCollins Polska.

środa, 20 września 2017

Absolwentka - SJ Hooks

Bardzo zaciekawiła mnie historia zakazanego romansu pomiędzy profesorem Stephenem Worthingtonem i jego studentką Julią Wilde, więc niecierpliwie wyczekiwałam kolejnego tomu, by poznać ich dalsze losy. Długo czekać nie musiałam i dziś zapraszam Was na recenzję „Absolwentki”.

Jeżeli czytaliście „Debiutanta”, to wiecie, jak wyglądało życie Stephena przed poznaniem Julii. Wiódł on można by rzec bardzo nudny tryb życia, a jego każdy dzień wyglądał prawie tak samo. Wszystko się zmieniło, gdy poznał Julię, najbardziej wkurzającą studentkę na roku. Połączył ich romans, który opierał się tylko na seksie, i który skrzętnie ukrywali. Teraz ich związek przechodzi na wyższy poziom, a dziewczyna w pewnym momencie przeprowadza się do swojego kochanka. Stephen zaczyna rozumieć, że zakochał się w Julii, ale nie chce nic słyszeć o poważnych uczuciach. Czy go nie kocha, czy może tylko udaje? A podstawowe pytanie brzmi, czy jest gotowa na stały związek i czy jeden kochanek w zupełności jej wystarczy?

Bardzo byłam ciekawa, jak potoczą się dalsze losy Stephena i Julii i przyznam, że sumie moja ciekawość została zaspokojona. Książka napisana jest tak jak jej poprzedniczka, czyli lekko i czyta się ją bardzo szybko. Myślę, że każdy, kto polubił część pierwszą i tym razem powinien zostać usatysfakcjonowany. W moim odczuciu ta część okazała się nieco słabsza, chyba oczekiwałam czego więcej. Chciałam po przeczytaniu powiedzieć WOW, ale to było świetne. Niestety właśnie zabrakło mi takiego bum... Niemniej jednak książka mi się podobała i wcale nie żałuję, że spędziłam przy niej czas.

Książka ta przypadnie na pewno do gustu osobom, które nie lubią ostrych i perwersyjnych scen seksu. Autorka zadbała o to żeby, takie sceny w jej wykonaniu były niezwykle delikatne, subtelne i napisane ze smakiem. Mnie osobiście bardzo to odpowiadało, bo dzięki temu książka wyróżnia się na tle innych z tego gatunku. Dzięki takim szczegółom autorce udało się odbiec od utartych schematów, poza tym tutaj nie mamy bogatego milionera i szarej myszki, którzy goszczą na kartach większości książek. Tutaj mamy całkiem odwrotną sytuację, to Julia jest tą stroną dominującą, a Stephen jest mężczyzną odrywającym arkana seksu.

Myślę, że najsłabszą stroną tej części okazali się bohaterowie. Miałam nadzieję, że w Stephenie zajdzie jakaś spektakularna zmiana, bo choć niewątpliwie stał się on kochankiem zaspakajającym pragnienia swojej kobiety, to niestety nie mogłam pogodzić się z tym, że dalej do niektórych spraw związanych z seksem podchodził z dystansem i z ogromną nieśmiałością. Jeżeli zaś chodzi o Julię, to straciła ona wiele ze swojej drapieżności i momentami wydawała się mi nijaka.

Całościowo książkę oceniam dobrze, bo mimo niedociągnięć dobrze się przy niej bawiłam. Historia Julii i Stephena jest inna i na pewno ciekawa. Uważam, że każdy z Was kto poznał początek tej historii, powinien poznać jej zakończenie...


Za możliwość przeczytania książki dziękuję Wydawnictwu HarperCollins Polska.  

wtorek, 19 września 2017

Przyszłość ma twoje imię - Elżbieta Rodzeń

Znacie twórczość Elżbiety Rodzeń? Jeżeli nie, to koniecznie musicie zmienić ten stan rzeczy, bo to autorka, która pisze pięknie, wzruszająco i za każdym razem mnie zaskakuje. Teraz było podobnie, bo choć znam jej twórczość „od podszewki”, to nie byłam przygotowana na to, co dostałam w jej najnowszej książce pt. „Przyszłość ma twoje imię”. Momentami czułam się, jakby moje serce zostało wrzucane w maszynkę do mielenia mięsa, by za chwilę uformować się na nowo. To powieść, która ewidentnie trafi do młodszych, jak i starszych czytelników i na pewno wywrze na Was duże wrażenie. Dzięki autorce zafundowałam sobie nieprzespaną noc, sińce pod oczami i opuchnięte powieki, ale dla takich książek warto się poświęcać, a Elżbieta Rodzeń z każdą kolejną swoją powieścią wskakuje coraz wyżej, na mojej osobistej liście ulubionych autorów. Byle tak dalej Pani Elu. 

Blanka właśnie wyprowadziła się z domu, zaczęła studia i znalazła pracę. Jednak ciężko rozpocząć jej nowy rozdział w życiu, gdyż dziewczyna cały czas zmaga się z wydarzeniem z przeszłości. Nawet trzy lata po napadzie, źle radzi sobie z jego skutkami – boi się wejść do sklepu, a ludzki dotyk ją paraliżuje. Teraz szuka spokoju i zapomnienia, ale czy będzie jej to dane? Mateusz nigdy nie miał łatwego życia. Już jako młody chłopak musiał wziąć odpowiedzialność za swojego dużo młodszego brata i cały czas musiał walczyć o przetrwanie. Przeszłość pozostawiła na mim piętno i niestety chłopka nie radzi sobie z emocjami. Pierwsze spotkanie tej dwójki nie będzie należało do udanych, gdyż Blanka nakryje Mateusza w dwuznacznej sytuacji. Jednak wspólna praca i upór Mateusza nie pozwolą dziewczynie o nim zapomnieć. Czy dwójka tak poranionych osób będzie miała szansę na udany i szczęśliwy związek? Czy Blanka pogodzi się z tym, że Mateusz nie przepuścił żadnej dziewczynie z ich wspólnej pracy? Czy mają szansę na nowy wspólny start? Przekonajcie się sami.

„Pamiętaj o tym, co najważniejsze.”
Zacznij od nowa.
Twoja przyszłość jest biała jak śnieg.”

Elżbieta Rodzeń zadebiutowała w 2014 roku powieścią „Noc świetlików”. Jest pedagogiem terapeutą. Pisze, bo historie, które rodzą się w jej głowie, nie dają jej spokoju, póki nie znajdą się na papierze. Uwielbia czytać, lubi zimowe spacery, nietuzinkowe filmy i dobrą herbatę (prócz spacerów, mamy wiele wspólnego). Wraz z mężem mieszka w małym domku pod lasem. 

Elżbieta Rodzeń – koniecznie zapamiętajcie to nazwisko, gdyż jestem w stu procentach pewna, że to autorka, która wyda jeszcze wiele cudownych i wspaniałych książek. Po przeczytaniu „Dziewczyny o kruchym sercu” od razu wiedziałam, że jej książki można brać w ciemno i być pewnym, że nie zostanie się rozczarowanym. To autorka, która mimo tego, że pisze stylem dość prostym, to trafia w czytelnicze serca, to mistrzyni przekazywania emocji i kreacji bohaterów, z którymi bardzo łatwo możemy się utożsamić. Do tego rozkłada swoich bohaterów na czynniki pierwsze i mamy ich idealne portrety psychologiczne, przy których sami zastanawiamy się nad sobą i własnymi problemami. 

Tym razem poznajemy historię Blanki i Mateusza, którzy w swoim życiu przeszli wiele. Blanka kiedyś spełniała swoje marzenia, jednak po napadzie, do którego doszło, trzy lata wcześniej nie potrafi się pozbierać. Miała nadzieję, że wyprowadzka, studia oraz praca pomogą jej na nowo cieszyć się życiem. Jej nowy sąsiad to Mateusz, chłopak z trudną przeszłością, który przed laty musiał walczyć o wikt i opierunek dla siebie i młodszego brata. Kiedy ta dwójka się poznaje od razu czuć między nimi chemię. Dzięki niemu Blanka się otwiera i inaczej reaguje na dotyk. Są po prostu niczym dwie połówki pomarańczy i pasują do siebie idealnie. On jest balsamem dla jej duszy i ciała, a ona lekarstwem na jego wewnętrzne mroki. Niestety oboje mają między sobą sekrety i tajemnice, które po ujrzeniu światła dziennego mogą wszystko zniszczyć. 

On jest słońcem, wokół którego kręci się mój świat. Jeśli ktoś mi go odbierze, znów zostanę w ciemnościach. 

„Przyszłość ma twoje imię” to bezapelacyjnie przepiękna powieść ukazująca rodzące się uczucie między bohaterami. Uczucie piękne  i krystaliczne niczym łza, ale czy nie taka powinna być właśnie miłość? Mateusz to bohater, którego niejedna z nas chciałaby mieć obok siebie, to chłopak, który nigdy nie zostawi w potrzebie i jak kocha, to raz i na całe życie. Przyznam się Wam, że czytałam tę powieść z zapartym tchem i chłonęłam każde słowo. Akcja książki toczy się własnym rytmem, nie ma zbędnego pośpiechu i gdy wydaje się nam, że już nic nie może się stać, że bohaterowie będą szczęśliwi, powraca bolesna przeszłość, która niczym tornado może zniszczyć wszystko, co stanie na jej drodze. Czy tak się stanie? Tego Wam oczywiście nie zdradzę. Autorka bardzo zaskoczyła mnie tym zwrotem akcji, bo nie wspomniałam o tym, że jest to powieść bardzo, ale to bardzo mało przewidywalna.

To powieść, która cały czas siedzi mi w głowie, bo choć minęło już kilka dni, odkąd skończyłam ją czytać, to nie potrafię zapomnieć tej historii i chyba nawet nie chcę jej zapomnieć. Na pewno do niej jeszcze kiedyś powrócę, bo do pięknych książek warto powracać. Podczas czytania czułam się jak na emocjonalnej kolejce górskiej, bo emocji w niej jest co niemiara. Książka wzrusza i przyznam szczerze, że nie raz w moich oczach pojawiały się łzy, a serce niemiłosiernie krwawiło. Wszystko mi w tej powieści zagrało i mogę ją tylko Wam polecić, jestem przekonana, że się nie zawiedziecie.

„Przyszłość ma twoje imię” to powieść o miłości, ale nie tylko takiej między kobietą a mężczyzną,  to także idealne przedstawienie miłości pomiędzy rodzeństwem, która jest niezwykle ważna. To powieść o przełamywaniu lęków i wspieraniu się w realizacji marzeń.  Historia Blanki i Mateusza niesie w sobie ważne przesłanie, mówiące o wybaczaniu, na które niestety nie zawsze każdy jest gotowy.

Gorąco polecam!

Za możliwość przeczytania książki dziękuję Wydawnictwu Zysk i S-ka.

poniedziałek, 18 września 2017

Pakistańska córka - Maria Toorpakai


„Nie pozwoliła, by islam zniszczył jej marzenia.”

Pakistan to jeden z krajów, na którego w ostatnim czasie zwrócone są oczy całego świata. Tam codzienność wygląda zupełnie inaczej niż np. w Polsce. Ludzie starają się żyć normalnie, codziennie chodzą do pracy, dzieci każdego ranka wybierają się do szkoły, a wokoło wybuchają samochody pułapki. Czy wyobrażacie sobie takie życie? Zapewne nie. Po przeczytaniu tej powieści wiem jedno, nie warto narzekać z błahych powodów, bo ludzie na świecie mają sto razy większe problemy niż dziura w ulubionej sukience. Niektórzy codziennie drżą o własne życie, muszą zmagać się ograniczeniami kulturowymi, a kobiety traktowane są gorzej niż psy. Na szczęście są też takie osoby, jak Maria Toorpakai Wazir, która wygrała pojedynek z islamskimi fanatykami i teraz walczy o to, by świat poznał losy zniewolonych kobiet.

„Nazywam się Maria Toorpakai Wazir. Pochodzę z jednej z najbardziej niebezpiecznych części Pakistanu. Mój dom to siedziba talibów. Kobiety wiodą tu bardzo nieszczęśliwe życie...”

Tam, gdzie wychowywała się Maria, kobiety miały wszystko zakazane. Nie mogły się edukować, nie mogły słuchać muzyki, nie było mowy, by same opuściły dom bez męskiego towarzystwa, nie mogły nawet same wybrać sobie ubrania. Kobiety nie mogły mieć własnych poglądów, a gdy któraś z nich została zgwałcona, to tylko i wyłącznie z własnej winy. Każda kobieta już od maleńkości uczona była uległości i posłuszeństwa. Na szczęście nie Maria... Jej rodzina również była głęboko wierząca, ale oni w odróżnieniu od większości traktowali swoje dzieci na równi i wspierali ich we wszystkich działaniach. Maria cały czas miała w nich oparcie nawet wtedy, gdy postanowiła grać w squasha. Dziewczyna podjęła wtedy gigantyczne ryzyko – ścięła włosy, owinęła piersi bandażami i zaczęła udawać chłopca. Ale czy miała inny wybór? Niestety, gdyby nie podjęła tego ryzyka, skończyłaby jak większość tamtejszych kobiet, poniżana, gwałcona i bita. Gdy talibowie zaczęli grozić jej śmiercią, uciekła do Kanady, ocalić życie i spełniać marzenia.

Maria Toorpakai udowodniła, jak wiele w życiu znaczą marzenia i ich realizacja. Jak ważna jest walka o swoje i że tylko ciężką pracą można osiągnąć sukces. Teraz kobieta znajduje się w pierwszej pięćdziesiątce najlepszych kobiet grających w squasha. Żyje bez ograniczeń i dąży do tego, by cały świat poznał losy tych biednych kobiet. Czy osiągnęłaby to, gdyby nie jej wewnętrzna siła i hart ducha?

Po przeczytaniu "Pakistańskiej córki" mogę Wam napisać tylko, to... żebyście cieszyli się z tego, co macie, spełniali marzenia i walczyli o swoje. Codziennie narzekamy na nasz kraj, nie zdając sobie sprawy, że dla niektórych ludzi na świecie, to raj, w którym każdy może czuć się wolny, zasypiać bez strachu i żyć godnie, tak jak każdy człowiek na to zasługuje. Gorąco polecam Wam tę powieść, bo to książka mądra i niosąca za sobą ważny przekaz.


Za możliwość przeczytania książki dziękuję Wydawnictwu SQN.