http://www.empik.com/zabic-sarai-redmerski-j-a,p1184303091,ksiazka-p

środa, 18 kwietnia 2018

Tryjon - Melissa Darwood (PATRONAT MEDIALNY, RECENZJA PREMIEROWA)

Kiedy od wydawnictwa SQN dostałam propozycję objęcia patronatem medialnym najnowszą powieść Melissy Darwood, od razu wiedziałam, że się zgodzę, bo każda książka, która wychodzi spod pióra Melissy jest po prostu genialna, więc nie miałam żadnych wątpliwości i wiedziałam, że i tym razem będzie tak samo. Czy miałam rację? Oczywiście, że tak! Zapraszam na recenzję „Tryjonu”, książki, która swą premierę ma właśnie dzisiaj.

Mila to nastolatka, która bardzo często ma zaniki pamięci. Czasami nie pamięta kilku godzin, innym razem tygodni, a nawet lat. Czemu tego nie pamięta? Bo jej życiem czasami kieruje ktoś inny, całkiem inna osobowość, wszystko zależy od tego, jakich uczuć w danej chwili doświadcza Mila. Oczywiście dziewczyna nie zdaje sobie z tego sprawy, ale całej prawdy dowiaduje się w momencie, gdy trafia do Tryjonu, czyli zaświatów. Jest oskarżona o morderstwo, którego w ogóle nie pamięta i musi dowieść swojej niewinności, by nie trafić do piekła. Na miejscu towarzyszy jej szok i niepokój, a na domiar tego wszystkiego każda z osobowości dziewczyny daje o sobie znać. Czy Mili uda się dowieść niewinności, skoro nie pamięta ostatnich pięciu lat? O tym musicie przekonać się sami.

Melissa Darwood to naprawdę jedna z nielicznych polskich autorek, której twórczość mogę brać w ciemno, bo wiem, że się nie zawiodę. Często zastanawiam się, jak bujna jest jej wyobraźnia, bo uwierzcie mi na słowo, że wymyśla takie historie, które są świeże, fascynujące i przede wszystkim zapadające w pamięci. Jej książki są inne, są niepowtarzalne, a pomysły na fabułę nowatorskie. Ja zatracam się w każdej z nich i oczywiście tak samo było i tym razem. Historia Mili jest po prostu genialna, hipnotyzująca i niesamowicie wciągająca, od książki nie potrafiłam oderwać się nawet na chwilę i z ogromną ciekawością wczytywałam się w fabułę. 

„Tryjon” to powieść, która wciąga w wir wydarzeń już od pierwszej strony, bo choć akcja książki nie pędzi na łeb na szyję, to i tak dużo się w niej dzieje, pojawia się mnóstwo tajemnic i pytań bez odpowiedzi. Im dalej czytałam, tym bardziej byłam zaintrygowana wszystkim tym, co wymyśliła autorka, nie raz moja buzia była otwarta z wrażenia, ale bardzo często tak mam, gdy czytam książki Melissy, która potrafi i chyba lubi zadziwiać czytelników. Wiecie co, jest najlepsze w jej książkach? Myślę, że wiecie, ale i tak Wam to napiszę. Każda z historii, które zawiera w swoich powieściach, wydaje się na pierwszy rzut oka błaha, ale to tylko pozory, bo każda z nich jest niewyobrażalnie mądra, każda z nich niesie jakieś przesłanie, zmusza do zadawania pytań, do przemyśleń, a przede wszystkim skłania do refleksji. Tym razem autorka pokłoniła się przed życiem oraz śmiercią, ja do tej pory mam mętlik w głowie i cały czas myślę o wielu kwestiach. O tym, jak wielki wpływ na życie mają nasze czyny, o tym, co czeka nas po śmierci, czy nasze wybory, decyzje i uczynki będą miały wpływ na to, gdzie trafimy po śmierci i czy przed kimś odpowiemy za każdy grzech. Przyznam szczerze, że nigdy nie prowadziłam sama ze sobą takich rozmyślań, ale ta książka zmusiła mnie do tego. To nie wszystko, czego możecie spodziewać się po „Tryjonie”, ale ja już milczę i nic więcej Wam nie zdradzę. Zapewniam Was, że to lektura, która dostarczy Wam wielu emocji oraz wrażeń i na pewno nie raz będziecie zaskoczeni tym, jak toczy się akcja.

"Skupmy się może na tym, co posiadamy obecnie, a nie martwmy się tym, że możemy to stracić. Nic nie trwa wiecznie, kiedyś doznamy strat, o których nawet nie chcemy myśleć. Wówczas będziemy musieli się pogodzić z tym, co nas spotkało. Ale to jest przyszłość, a my jesteśmy w teraźniejszości."

Ogromnym atutem tej powieści są bohaterowie, czyli Mila, każda jej twarz oraz Zachary, którego niesamowicie polubiłam. Bardzo, ale to bardzo podobało się mi jak Melissa ukazała jego postać, jego charakter oraz zmiany, które w nim zachodziły.

Polecam Wam tę powieść, jak i inne książki autorki z całego serca i z czystym sumieniem. Melissa Darwood pisze świetnie, potrafi zainteresować czytelnika, a jej książki są inne i wyjątkowe. Myślę, że każdy w nich znajdzie coś dla siebie. Ja w każdej jej historii przepadam z kretesem.

Gorąco polecam!

Za możliwość przeczytania książki dziękuję Wydawnictwu SQN.

Strażnicy Ga'Hoole. Porwanie - Kathryn Laski

„Gdy świt przykryją skrzydła zła, nadejdą strażnicy, którzy pod osłoną nocy dokonają wspaniałych czynów”

Gdy Soren wypadł z gniazda, został skazany na pewną śmierć. Na całe szczęście lub może nieszczęście uratowali go członkowie Akademii Osieroconych Sów. Gdy mała sówka tam trafiła, od razu odebrano jej imię i nadano numer, co było dość dziwne. W Akademii Soren zaprzyjaźnia się ze sprytną i uszczypliwą Gylfie i razem z nią odkrywa prawdziwe przeznaczenie tej szkoły. Od tego dnia sówka ma tylko jeden cel… jak najszybciej opuścić to złe miejsce. Czy jej się to uda? Czym tak naprawdę jest Akademia? O tym przekonajcie się sami.

Nawet nie zdawałam sobie sprawy, że tak świetnie spędzę czas przy tej książce, bo choć dedykowana jest ona dzieciom i młodzieży, to naprawdę i starszy czytelnik znajdzie w niej coś dla siebie i na pewno pochłonie go ta historia. Ze mną tak było i z ciekawością śledziłam perypetie Sorena i jego przyjaciółki. Kiedyś uważałam, że książki, w których to zwierzęta grają pierwsze skrzypce, nie są ciekawe, ale przekonałam się, że jest zupełnie odwrotnie. Poza tym moim zdaniem bardzo trudno stworzyć zwierzęcego bohatera, który będzie potrafił, zaciekawić swoją historią. Kathryn Laski się to udało i wiem, że na pewno przeczytam kolejne tomy tej serii. Wiem także, że w 2010 roku powstała adaptacja trzech pierwszych tomów tej serii, więc na pewno film obejrzę.

Dużym atutem tej książki jest styl, jakim została napisana oraz czcionka, która naprawdę jest sporych rozmiarów, więc każde dziecko nie powinno mieć żadnego problemu podczas czytania. Dla mnie też było to dużym ułatwieniem, gdyż wzrok już nie ten, co dziesięć lat temu.

Gwarantuję Wam, że ta historia wciągnie Was w głąb fabuły tak jak mnie. W szczególności polecam ją miłośnikom fantasty tym mniejszym, ale także i dużym. To świetna i wciągająca historia  o bohaterskie, o walce dobra ze złem. W książce dużo się dzieje, fabuła zaskakuje i wywołuje w czytelniku niepewność. Nigdy nie spodziewałam się, że książka o sowach, tak mi się spodoba. Na pewno przeczytam kolejne tomy.

Polecam!

Za możliwość przeczytania książki dziękuję wydawnictwu Nowa Baśń.

wtorek, 17 kwietnia 2018

Czwarta Małpa - J.D.Baker



Dzisiaj mam dla Was recenzję książki "Czwarta Małpa", thrillera z elementami kryminału, który wstrząsnął całym Instagramem.

Gdy wchodziłam na bookstagrama, to widoczna była tylko ta okładka, a ja już wtedy zaczytywałam się w jej historii, która jednocześnie niesamowicie mnie wciągnęła, ale i zmroziła krew w żyłach. Po prostu nie sądziłam, że ta książka może być tak dobra. Czytałam ją z wielkimi wypiekami na twarzy, ciekawa dalszej strony. Ale od początku. Zapraszam Was na recenzję!

Pięć lat tropienia zbrodniarza, który ciągle się wymykał. Sprawca tak sprytny, zawsze o krok przed policją. Czy kiedykolwiek powinie mu się noga? W wreszcie nadchodzi ten dzień. Łapią seryjnego morderce. Nieuchwytnego, działającego można powiedzieć w wyższym celu. Właśnie tak zaczyna się prawdziwe dochodzenie w sprawie najbardziej przerażających zbrodni...


Czwarta Małpa to kryminał troszkę nietypowy, bo zaczyna się tak, że mamy wrażenie, że właśnie poznaliśmy zakończenie. W miarę jak czytałam książkę pojawiało się jednak coraz więcej niewiadomych. Powstawały one poprzez sięgnięcie głównego bohatera po pamiętnik mordercy w którym opisywał bardzo nietypowe dzieciństwo. Niejednokrotnie zmroziło mi to krew żyłach, a ja łapałam się za włosy z wrażenia. Nie będę ukrywać, że w tej książce bardziej wyczekiwałam tych "pamiętnikowych" opowieści, niż głównej fabuły. Co było powiedzieć chwilami przytępiające, ponieważ dużo rzeczy mi umknęło przy czytaniu tej pierwszorzędnej historii. Bardzo podobało mi się to, że autor bawi się nami i naszym osądem jeśli chodzi o morderce. To taka psychologiczna przepychanka, gdzie na początku autor podsyca w nas nienawiść do #4MK, a potem wzbudza w nas litość i poczucie winy w stosunku do skrzywdzonego chłopca, którym w jakimś stopniu nadal ten morderca jest. Właśnie takim bardzo skrzywdzonym dzieckiem rządnym sprawiedliwości.

Bardzo podobało mi się nawiązanie autora do jednego obrazu/posążków wywodzących się z Japonii, które ukazują "Trzy mądre małpy". Cała książka postawiona na tej właśnie idei, była bardzo ciekawa i bardzo zadziwiająca. Świetnie wplątane morderstwo w japońskie przysłowie:

 "Nie widzę nic złego, nie słyszę nic złego, nie mówię nic złego."

Polecam Wam  tę powieść z ręką na sercu! To jest bardzo dobry kryminał, który na pewno zagrzeje swoje miejsce w moim TOP tego roku. Możliwe, że na podium zestawienia!

Za możliwość przeczytania dziękuję Wydawnictwu Czarna Owca ❤️

Ułamek sekundy - Douglas E. Richards (PATRONAT MEDIALNY)

„Co jeśli znalazłbyś sposób, by wysłać coś w przeszłość? Nie tę sprzed tygodni, dni, czy nawet minut. Co jeśli mógłbyś to przenieść zaledwie o mgnienie oka? Czy mogłoby się to w ogóle do czegoś przydać? Nie zdążyłbyś naprawić wyrządzonego zła, zmienić biegu wydarzeń, skreślić odpowiednich liczb na loterii.” 

Nathan Wexel to genialny fizyk, który sądził, że udało mu się znaleźć sposób na wysłanie materii w przeszłość. Niestety mężczyzna nie zdawał sobie sprawy, że jego teoria będzie niezwykle ważna dla wielu osób i przez to on i jego narzeczona Jenna Morison staną twarzą w twarz z niewyobrażalnym niebezpieczeństwem. Gdy mężczyzna zostaje zamordowany z rąk porywaczy, Jenna wie, że musi uciekać i zrobić wszystko, by dowiedzieć się, co tak ważnego wymyślił Nathan. Czy jej się to uda? Czy będzie, potrafiła stawić czoła wszelkim niebezpieczeństwom? Dlaczego teoria o przeskoczeniu w przeszłość o ułamek sekundy jest tak ważna? O tym przekonajcie się sami.

„Douglas E. Richards jest autorem bestsellerów z list New York Timesa oraz USA Today, takich jak WIRED i wiele innych. Zanim zaczął karierę jako pisarz, zajmował wysokie stanowisko w firmie biotechnologicznej. Ukończył mikrobiologię na Uniwersytecie Stanowym Ohio, a następnie zdobył tytuł magistra z inżynierii genetycznej na Uniwersytecie w Wisconsin (gdzie zaprojektował kilka zmutowanych wirusów, obecnie nazwanych jego imieniem). Uzyskał również dyplom MBA na Uniwersytecie w Chicago. 
W uznaniu dla jego twórczości, Richards został zaproszony jako „gość specjalny” na festiwal San Diego Comic-Con International, obok takich legend, jak Stan Lee i Ray Bradbury. Jego artykuły były publikowane w National Geographic, BBC, Australian Broadcasting Corporation, Earth & Sky, Today's Parent i wielu innych.
Pisarz mieszka obecnie w San Diego w Kalifornii, wraz z żoną i dwójką psów.”

Zabierając się za czytanie tej powieści, nie wiedziałam, czego mogę się po niej spodziewać. Opis ogromnie mnie zafascynował, a cegiełkę do mojej ekscytacji dołożyła piękna i tajemnicza okładka, poza tym chyba nigdy wcześniej nie czytałam science fiction połączonego z thrillerem. Sama tym faktem jestem zaskoczona, bo wydawało się mi, że zaliczyłam już każdy gatunek literacki. No, ale skończę już pisać o tym co czytałam, a czego nie i przejdę do ważniejszych spraw, czyli do tego, jakie emocje i wrażenia wywołała we mnie ta książka.

Powieść ta wciąga już od pierwszej strony, ja przepadłam z kretesem w świecie fizyki, astronomii, czy biotechnologii i choć jakoś szczególnie nigdy nie uważałam na lekcjach fizyki (w sumie to był to dla mnie jeden z najgorszych przedmiotów), to lektura tej książki była dla mnie czymś świeżym i porywającym. Autor bardzo skrupulatnie przyłożył się, by przybliżyć czytelnikowi arkana tych dziedzin, więc książka obfituje w wiele pojęć oraz opisów, które może nie dla każdego będą zrozumiałe, ale o niektórych z nich na pewno każdy choć raz słyszał. Powieść tę zdecydowanie trzeba czytać bardzo uważnie, by nie przegapić pewnych ważnych i istotnych niuansów. Na końcu autor umieścił tekst, w którym opisał, co było prawdą, a co fikcją literacką i za to mu bardzo dziękuję, bo choć nie wszystko było dla mnie czarną magią, to nigdy jakoś szczególnie nie interesowałam się tematami dotyczącymi czasu i wszechświata, więc raczej na pewno nie połapałabym się w tym, co jest prawdą, a co nie. Muszę się Wam także przyznać do tego, że nigdy zbytnio nie zastanawiałam się nad konsekwencjami podróży w czasie, zawsze uważałam, to za coś fajnego i ekscytującego, co mogłoby przynieść wiele dobrego, ale autor uświadomił mi, że niestety także i wiele złego. 

Książka zaczyna się mocnym akcentem i w pierwszych rozdziałach naprawdę wiele się dzieje, później akcja przycicha, a wszystko zaczyna się toczyć miarowym i powolnym tempem. Ale nie myślcie, że robi się nudno, bo mimo tego, że między działaniami Jenny i prywatnego detektywa Aarona Blake’a pojawia się wiele technicznych opisów to książka i tak porywa i z zapartym tchem śledzi się poczynania bohaterów. W ogóle to chylę czoła przed autorem, za to ile pracy włożył w tę książkę i ile czasu musiał jej poświęcić, bo niełatwo jest przedstawić naukowe rzeczy w sposób interesujący i porywający, dokładając do tego ciekawą fabułę i świetnie wykreowanych bohaterów. 

„Ułamek sekundy” to kawał dobrej literatury i ja tę książkę z czystym sumieniem Wam polecam. Powieść wciąga w głąb fabuły, jest ciekawa, fascynująca, a przede wszystkim zaskakująca i nieprzewidywalna.

Polecam!

Za możliwość przeczytania książki dziękuję Wydawnictwu NieZwykłe. 

poniedziałek, 16 kwietnia 2018

Kiedy przyjdzie czas - Natalia Jagiełło-Dąbrowska

Jakiś czas temu wpadła w moje ręce debiutancka powieść Natalii Jagiełło – Dąbrowskiej „Nasze kiedyś”. Książka mimo kilku mankamentów bardzo mi się podobała, więc gdy tylko dowiedziałam się, że wychodzi druga część historii Julii i Hektora, wiedziałam, że koniecznie muszę ją przeczytać. Czy książka mnie usatysfakcjonowała? Zapraszam na recenzję.

„Urlop na Majorce był najlepszym urlopem w życiu Julii. I zakończył się w najgorszy z możliwych sposobów. Julia wraca do Londynu przekonana, że Hektor, jej wielka miłość, oszukał ją, że była tylko jego zabawką. Pragnie o wszystkim zapomnieć, pogodzić się ze stratą i bólem. Tęsknota jest jednak silna, a Hektor nie ustępuje, nieustannie szukając z nią kontaktu. W nadziei na odnalezienie spokoju Julia wyjeżdża w swoje rodzinne strony. Tu będzie musiała się zmierzyć ze swoją przeszłością i podjąć decyzje, które zaważą na jej dalszym życiu…”

„Kiedy przyjdzie czas” to powieść, która w moim odczuciu jest dużo lepsza niż część pierwsza. Jest bardziej dopracowana, dopieszczona i na pewno bardziej emocjonująca. Myślę, że każdy, kto rozpoczął przygodę z historią Julii i Hektora, będzie w pełni usatysfakcjonowany jej zakończeniem. Książka jest sporych gabarytów, bo ma aż ponad 450 stron, ale czyta się ja naprawdę bardzo szybko, myślę, że dzieje się tak za sprawą stylu, jakim została napisana, który jest niezwykle lekki i przyjemny  w odbiorze. Dużym plusem jest także narracja poprowadzona w pierwszej osobie, dzięki której mogłam zagłębić się w przemyśleniach i uczuciach głównej bohaterki. Według mnie ta część jest dużo cięższa, na pewno bardziej wzruszająca i poruszająca trudne i bolesne tematy. Autorka skupiła się na wielu aspektach z życia bohaterki, z którymi kobieta będzie musiała sobie poradzić. Książka pełna jest realizmu, nic w niej nie zostało przekoloryzowane czy wyidealizowane, a takie historie lubię najbardziej, bo wtedy łatwiej jest mi się zidentyfikować z bohaterami.

Jeżeli jestem już przy bohaterach, to muszę napisać, że wreszcie udało mi się polubić Julię, w poprzedniej części miałam z tym problem i choć teraz nie raz denerwowała mnie swoim, można by rzec dziecinnym zachowaniem, to jednak udało się mi, obdarzyć ją sympatią. Za to jeżeli chodzi o Hektora, to teraz zdecydowanie go polubiłam i nie raz zaimponował mi swoją wytrwałością i dążeniem do celu.

Historia Julii nie należy łatwych, prostych i przyjemnych, ale takie właśnie jest prawdziwe życie, które często ma słodko-gorzki smak. To przepiękna opowieść o miłości, o przyjaźni, która nie raz Was wzruszy, rozbawi, ale przede wszystkim chwyci za serce. Polecam Wam z czystym sumieniem obydwie książki Natalii Jagiełło – Dąbrowskiej i jestem przekonana, że się nie zawiedziecie.

Za możliwość przeczytania książki dziękuję Wydawnictwu Zysk i S-ka.

niedziela, 15 kwietnia 2018

Oliwer Bowden - Origins. Pustynna Przysięga


Można powiedzieć, że z serią Assassins Creed, że jestem od początku. W 2007 roku zagrałam w pierwszą część tej odsłony i od tamtej pory przyglądałam się, jak seria się rozszerza i ulega zmianom. Książek, co prawda nie czytałam wszystkich (więc jeszcze wszystko przede mną!), ale jak usłyszałam, że mam możliwość przeczytania "Origins", od razu wiedziałam, że to zrobię i tak też właśnie się stało!

Książka jest prequelem gry w której poznajemy już dużo starszego Bayeka - obrońce Siwy, medżaja, który broni Egiptu i starych wartości. Trawiony zemstą, powoli, ale sukcesywnie pozbywa sie wspólnych wrogów. W książce poznajemy Bayeka jako młodego żądnego przygód chłopaka, który dopiero wchodzi w świat dorosłych, którzy są skorumpowani, kierowani rządzą bogactwa i krwi. Ojciec Bayeka, dostaje tajemniczą wiadomość, która jest takim zapalnikiem przemiany Bayeka. Wyrusza on w podróż za swoim ojcem, aby poznać prawdę nie tylko o wiadomości, ale i o swoim dziedzictwie...

Zawsze ceniłam sobie w grach AC i w książkach Oliwera Bowdena taki realizm (jak na taką tematyke, to ubisoft idealnie umiał wpleść wątki historyczne w podłożoną przez siebie historie), niestety gdy porównuje Origins jako grę i jako książkę, to muszę przyznać, że tutaj książka trochę mnie zawiodła. Czułam, że mimo osadzenia akcji w Egipcie, nastroje i zachowania niektórych osób były nazbyt współczesne. W końcu Origins opowiada historie która dzieje się w czasach Kleopatry, a mimo wszystko kobiety w tej książce, zachowują się strasznie przerysowanie jak na tamte czasy. Wiecie, mogę się mylić, co prawda historie lubię, ale ten okres niespecjalnie mnie kręci. To tyle jeśli chodzi o takie złe wrażenie, teraz przechodzimy do plusów.

Podobało mi się bardzo wyjaśnienie tego jak Bayek zaczynał swoją drogę w byciu Medżajem i skupieniu tej fabuły na właśnie takich naukach. Moim zdaniem Oliwer Bowden świetnie wyrysował porywczy i idealistyczny charakter młodego Bayeka, targanego sprzecznościami i rodzącą się miłością do swojej towarzyszki Ayi, której co dziwne w ogóle nie polubiłam. Niby to była postać, którą powinnam polubić, ale przez to jakie wywarła na mnie wrażenie w grze, nawet książka nie umiała tego zamazać. 

Polecam, jako fajne dopełnienie do gry. Jest to super książka, którą z przyjemnością czytałam. Oczywiście polecam ją też osobom, które nie grały nigdy w Assassins Creed, ale chciałyby w ten świat wejść!

Dziękuję za przeczytaniu Wydawnictwu Insignis! 



sobota, 14 kwietnia 2018

Nie wszystko stracone - Danielle Steel (PRZEDPREMIEROWO)


Nie mam w zwyczaju sięgać po książki popularnych autorów. Zwykle w księgarniach staram się wyszukiwać jakiś perełek, by móc „odkryć” autora i jego dzieła nie czytając wcześniej o nich opinii. Jednak raz na jakiś czas, trafia się książka, która swą fabułą zaciekawia mnie tak bardzo, że chce ją mieć u siebie tu i teraz. Tak było z „Nie wszystko straconeDanielle Steel.

Danielle Steel to autorka, która napisała 120 książek, a ja żadnej z nich nie czytałam. Zdarzyło mi się kilka przekartkować i rzucić okiem co tam jest, jednak bez większego entuzjazmu i chęci zgłębienia fabuły. Jednak to zmieliło się dzięki tej książce.

Główną bohaterką jest Sydney Wells, 49-letnia wdowa, którą poznajemy osiem dni po tragicznej i niespodziewanej śmierci męża. Andrew, był zdrowym, niewiele starszym od niej mężczyzną w kwiecie wieku. Ich wspólne życie płynęło prawie bezproblemowo. On prowadził własną firmę, był w stanie zapewnić Sydney dostatnie życie u swojego boku. Dla niego zrezygnowała z pracy rozchwytywanej i cenionej projektantki. Oboje nosili jednak brzemiona wcześniejszych małżeństw.

Pierwszy mąż Sydney zginął tragicznie dawno temu, jednak ten związek zaowocował dwoma córkami. Sophie i Sabrina, to obecnie dorosłe kobiety sukcesu branży fashion. W życiu prywatnym niestety idzie im trochę gorzej.
Z poprzednią żoną Andrew rozstał się jeszcze zanim poznał Sydney. Jednak to właśnie ją, Marjorie winiła za rozpad swojego małżeństwa. Wszystko to wmawiałam swoim córką Kellie i Kyrze, dzięki czemu od początku nienawidziły one nowej żony swojego ojca.

Dzień po pogrzebie do domu, w którym mieszkała Sydney razem z Andrew zawitał prawnik. Poinformował ją, że mężczyzna, z którym spędziła szczęśliwe ostatnie 16 lat swojego życia, zaniedbał jedną, lecz bardzo istotną dla niej sprawę. Testament, który spisał przed poznaniem jej, nigdy nie został zmieniony… To oznaczało jedno. Cały majątek, piękny dom, w którym przez tyle lat byli szczęśliwi, wszystkie dobra oraz firmę odziedziczyły córki Andrew i jego była żona…

Dla Sydney nie zostało praktycznie nic… Małe mieszkanko w Paryżu zakupione na jej nazwisko, kilka sztuk biżuterii i pełno wspomnień, to wdowa dostał po śmierci mężczyzny, który dbał o jej dostatnie i bezproblemowe życie w ciągu ostatnich lat. Teraz to wszystko musiało się zmienić.
Córki Andrew dały jej miesiąc na wyprowadzkę z domu, który odziedziczyły, patrzyły na wszystko, co wynosiła z domu, by przypadkiem nie zabrała im czegoś zbyt wartościowego.

Musiała przenieść się do maleńkiego mieszkanka w kiepskiej dzielnicy, które wynajęła za ostatnie posiadane pieniędze. Wiedziała, że musi znaleźć prace, by mieć za co opłacić rachunki i co jeść i jakoś przetrwać. Była świadoma, że od czasu kiedy ostatnio pracowała, minęło już bardzo dużo czasu. Teraz projektanci nie pracowali już na papierze i z ołówkiem w ręku, wiedziała to, bo jej córki zajmowały się modą. Ona nie była w stanie nadążyć za tym, jak branża rozwinęła się przez te wszystkie lata. Jednak postanowiła spróbować, poszła na kilka rozmów kwalifikacyjnych. Usłyszała to, czego się spodziewała „minęło za dużo czasu odkąd Pani ostatnio pracowała”. Stało się to, czego bała się najbardziej, nie była w stanie znaleźć pracy i nic nie wskazywało na to, iż sytuacja ulegnie zmianie.

Jednakże podczas ostatniej podróży poznała Paula Zellera, właściciela formy odzieżowej. Gdy ich samolot musiał awaryjnie lądować. Paul zachowywał się jak prawdziwy dżentelmen, wspierał ja i pocieszał. Powiedziałby skontaktowała się z nim, gdy będzie potrzebować pomocy.
Teraz potrzebowała pracy, a w jego firmie Lady Louise na pewno znalazłby, się dla niej jakiś etat. Córki odradzały matce kontakt z tym człowiekiem. W branży modowej jego firma znana była z kopiowania ubrań innych marek i sprzedawania ich za gorsze, wiedziały, że praca tam może zniszczyć dobre imię ich matki oraz ich samych.

Jednak Sydney nie miała wyjścia. Potrzebowała pracy i to prędko. Wtedy nie wiedziała jak duży błąd popełniła zadając się z Paulem Zellerem i jakim pionkiem stanie się w grze o duże pieniądze.

Muszę Wam przyznać, iż dawno nie miałam w rękach książki, którą tak przyjemnie, spokojnie i szybko mi się czytało. Nawet nie jestem w stanie określić, jak długo z nią siedziałam. Bo to była po prostu chwila.

Tak mocno wciągnęła mnie fabuła tej historii, że czas, jaki poświęcam tej książce, nie miał dla mnie żadnego znaczenia. I to, że w tym czasie mogłabym robić coś innego. Nic oprócz książki nie było dla mnie wtedy ważne. Tak bardzo chciałam wiedzieć co będzie dalej, a dalej było tylko lepiej.

To jest tylko i wyłącznie zasługa kunsztu aktorki. Teraz już wiem skąd taki fenomen powieści Danielle Steel. Nie wiem też, dlaczego wcześniej jej książki do mnie nie przemawiały. Może po prostu musiałam do nich dojrzeć.

Premiera 18.04.2018r,

Za możliwość przeczytania dziękuję wydawnictwu: Znak Literanova

piątek, 13 kwietnia 2018

Piołun na zapomnienie - Anna Trojanowska




„Rok 1895. Lea, młoda kobieta z prowincji, poślubia Józefa, statecznego aptekarza, i przenosi się do Warszawy. Swojego męża ledwie zna. Wydaje się, że nie pasują do siebie, ale Lea ufa, że postępując zgodnie z naukami swej ciotki, stworzy szczęśliwą rodzinę. Wkrótce przekonuje się, że wyniesione z domu umiejętności nie są przydatne, a jej znajomość leczniczych ziół to zdaniem Józefa przesądy. Na jej drodze pojawią się różne przeciwności i ludzie, którzy wykorzystają jej naiwność i poczucie zagubienia. Wiele musi się wydarzyć, aby poznała siebie i przekonała się, na czym naprawdę jej zależy, i zawalczyła o swoje miejsce w męskim świecie, jakim w owych czasach jest apteka. Niebezpieczna okazuje się również przeszłość, dawne sekrety męża, które Lea za wszelką cenę chce poznać…”

Przyznam się bez bicia, że „Piołun na zapomnienie” to powieść, której sama nie wybrałam sobie do recenzji. Dostałam ją znienacka od wydawnictwa w przesyłce niespodziance i naprawdę nie wiedziałam, czego mogę się po tej książce spodziewać. Nie ukrywam, że opis mnie zaintrygował, więc z zapałem zabrałam się za czytanie tej powieści. Czy mnie się spodobała? Oczywiście, że tak, ale mam też do niej jakieś małe „ale”. 

Na naszym rynku wydawniczym przeważają książki, których fabuła dzieje się współcześnie i naprawdę czasami ciężko trafić na dobrą książkę, która przenosi czytelnika do przeszłości i ukazuje ówczesny świat. Jednak Annie Trojanowskiej się to udało i zaserwowała mi naprawdę bardzo fajną podróż do dziewiętnastowiecznej Warszawy i jej mieszkańców. Ogromnie zaintrygowała mnie postać Lei, kobiety niepokornej, która próbowała żyć według przyjętych norm społecznych, niestety nie dla niej była taka droga. Kobieta nie chciała żyć w cieniu męża, chciała poznawać świat i robić to, co kocha, a muszę nadmienić, że Lea znała się na ziołach i umiała to wykorzystać. Jeżeli choć trochę znacie historię, to wiecie, że w tamtych czasach kobiety powinny siedzieć w domach, ładnie wyglądać i być wizytówką męża. Lea taka nie była, można by rzec, że była ewenementem, który dążył do spełniania własnych marzeń. Oczywiście możecie się domyślić ilu osobom nie odpowiadało to, czym zajmowała się kobieta i próbowali pomieszać jej szyki. Czy im się to udało? Tego już Wam nie zdradzę.

Wyżej pisałam, że mam jakieś „ale” do książki i teraz mam zamiar Wam o tym napisać. Powieść ta ma aż 638  stron, a ja uważam, że nic by się nie stało, gdyby tych stron było mniej, bo choć sama lubię długie książki, to tutaj momentami się męczyłam. Winę za to ponoszą zbyt długie opisy przemyśleń Lei, które w moim odczuciu czasami zbyt wiele nie wnosiły do fabuły. 

Jeżeli chodzi o bohaterów, to jestem bardzo zadowolona z ich kreacji. Autorka nie skupiła się tylko na głównej bohaterce i nie tylko jej poświęciła wiele uwagi. Wydaje mi się, że każdy z bohaterów ewolułował i zmieniał się, a jest to bardzo rzadkim zjawiskiem w książkach. Przeważnie autorzy skupiają się tylko na postaciach pierwszoplanowych, nie skupiając się na nikim innym. Tutaj było inaczej i naprawdę Anna Trojanowska pokazała potencjał każdego z bohaterów.

„Piołun za zapomnienie” to na pewno powieść napisana z niezwykłą pasją i sercem. To książka pełna emocji, świetnych bohaterów, trudnych wyborów oraz intryg. Jeżeli lubicie takie klimaty jest ona dla Was idealna.

Polecam!

Za możliwość przeczytania książki dziękuję wydawnictwu Zysk i S-ka.

Kłopoty mnie kochają - Joanna Szarańska

"Zojka jest początkującą dziennikarką i marzy o tym, żeby wreszcie zainteresowała się nią redakcja jakiejś popularnej gazety. Ale nie jako podejrzaną o zabójstwo!

Pędząc na pociąg, tylko na chwilę spuszcza z oka torebkę, a potem znajduje w niej osobliwy dowód zbrodni wciśnięty do ciasta z kremem. Zojka ląduje na pierwszym miejscu listy podejrzanych i musi czym prędzej wyplątać się z tej afery. Niestety, wyjątkowo irytujący redaktor lokalnej gazety już zwęszył sensację…

Jakby tego było mało, Zojka musi jeszcze zażegnać konflikt z przystojnym, choć gburowatym sołtysem i przekonać kuzynkę, że wcale nie zamierzała podrywać jej narzeczonego."

Na naszym blogu pojawiały się już recenzje książek Joanny Szarańskiej, ale to nie ja je pisałam, zawsze jakoś było mi z nimi nie po drodze i przekazywałam je dziewczynom, żeby czytały. Ostatnio w moje ręce wpadły dwie książki autorki, jedna z nich to „Kłopoty mnie kochają” i tym razem postanowiłam, że to ja je przeczytam, mimo tego, że naprawdę nie mam już gdzie wciskać nadprogramowych książek. Na całe szczęście nie żałuję swojego wyboru, bo lektura tej książki dostarczyła mi wspaniałej rozrywki i świetnie spędziłam przy niej czas. Teraz tylko mogę pluć sobie w brodę, że wcześniej nie zapoznałam się z jej twórczością.

„Kłopoty mnie kochają” to świetna komedia kryminalna przy lekturze, której uśmiech nie schodził mi z twarzy. Głównym atutem tej książki jest główna bohaterka Zojka, którą po prostu kłopoty kochają, bo naprawdę spotyka je na każdym kroku. Już na samym początku niesamowicie ją polubiłam, ale nie mogłam inaczej, bo to strasznie pozytywna bohaterka, której przygody wywoływały u mnie niekontrolowane wybuchy śmiechu. Muszę także wspomnieć o babci Zosi, która miała w sobie tyle energii, że nawet ja jej tego zazdrościłam, bo ja przy niej wypadam dość blado ;). Oczywiście ciekawych bohaterów w tej książce jest sporo, ale chyba wolę, żebyście sami ich poznali. Mogę Was tylko zapewnić, że każdy z nich jest idealnie dobrany do tej powieści i spotkanie z nimi będzie dla Was bardzo, ale to bardzo zabawnym doświadczeniem.

Nie będę rozpisywać się na temat tej książki, ale zapewniam Was, że warto po nią sięgnąć. To świetny antydepresant, bo humoru jest w nie co niemiara. To genialna komedia pomyłek, w której znajdziecie zaskakującą zagadkę kryminalną.

Gorąco polecam!

Za możliwość przeczytania książki dziękuję Wydawnictwu Czwarta Strona.