reklama

środa, 21 czerwca 2017

Bad mommy. Zła mama - Tarryn Fisher

Od czasu do czasu lubię przeczytać dobry thriller psychologiczny, więc gdy w propozycjach do recenzji otrzymałam „Bad mommy” Tarryn Fisher nawet przez sekundę się nie zastanawiałam nad tym, czy ją brać, czy nie. Czułam, że to książka idealna dla mnie, tym bardziej, że już sam opis dostarczył mi dreszczyku emocji. Czy miałam rację? Czy książka mnie usatysfakcjonowała? Zapraszam na recenzję.

Jolene i Darius są szczęśliwym młodym małżeństwem i rodzicami dwuletniej Mercy. Pewnego dnia do sąsiedniego domu wprowadza się kobieta o imieniu Fig i bardzo szybko zaprzyjaźnia się z młodymi rodzicami. Mogłoby się wydawać, że to najnormalniejsza sytuacja w świecie, jednak z czasem zachowanie Fig staje bardzo dziwne. W swoim domu gromadzi rzeczy takie same jak u Jolene i Dariusa, kupuje nawet takie same ubrania jak sąsiadka. O co chodzi Fig? Kto tak naprawdę jest obiektem jej obsesji? Przekonajcie się sami.

„Jak daleko się posuniesz, aby zawładnąć czyimś życiem?”

Tarryn Fisher to autorka bestsellerowych powieści dla kobiet. Pisarka mieszka z rodziną w Seattle. Uwielbia deszczowe dni, coca – colę i uważa, że Instagram to nowy Facebook. Wraz ze swoją przyjaciółką prowadzi blog o modzie.

Przyznam szczerze, że wcześniej nie czytałam książek Tarryn Fisher, choć kilka z nich mam na swojej półce. Po przeczytaniu „Bad mommy. Zła mama” jestem w stu procentach pewna, że jak najszybciej nadrobię zaległości, bo to autorka, która pisze doskonale i wie jak zaciekawić czytelnika. „Bad mommy. Zła mama” to powieść, którą mogę określić jedynie jako świetną, wspaniałą, a nawet genialną. Dawno nie czytałam tak dobrego thrillera psychologicznego, który z mojego mózgu zrobił miazgę. Niewątpliwie jest to powieść emocjonująca, pokręcona, pełna napięcia, zaskakująca, szokująca, a przede wszystkim nieprzewidywalna i to właśnie ta nieprzewidywalność jest ogromnym atutem tej książki. Bardzo cenię sobie autorów, którzy potrafią pisać tak, by czytelnik do samego końca pozostawał nieświadomy, a każda czytana strona była niespodzianką. Nic w niej nie jest takie, jakie wydaje się nam na początku. Książka ta naprawdę zasługuje na każde ochy i achy, które wyżej napisałam, bo jest to jeden z lepszych thrillerów, jaki do tej pory czytałam.

Nie zdradzę Wam nic, kompletnie nic z fabuły książki, bo boję się, że zbyt dużo bym odsłoniła. Nawet opis napisałam bardzo oszczędnie, by nie psuć Wam przyjemności z czytania, bo naprawdę jedno słowo za dużo i po ptakach. Musicie uwierzyć mi na słowo, że jest to powieść warta każdej sekundy, minuty i godziny, poza tym czyta się ją niesamowicie szybko, sama przepadłam w głąb fabuły już po kliku przeczytanych stronach. Napiszę tylko, że książka jest podzielona na trzy części i w każdej z nich inny bohater jest narratorem. Moim zdaniem to świetny pomysł, bo od podszewki poznajemy każdego z nich, a ich myśli i przemyślenia są dla nas otwartą księgą.

Autorka ma bardzo specyficzny styl, barwny, tajemniczy, po prostu w minimalny sposób dozuje czytelnikowi informacje. Najważniejszą zaletą tej powieści są opisy przemyśleń bohaterów, które wprowadzają czytelnika w tę pokręconą fabułę, a w moim przypadku sprawiły, że czułam się tak, jakbym stała z boku każdej postaci i była niemym obserwatorem ich poczynań.

„Bad mommy. Zła mama” to niewątpliwie szokująca historia, którą Wam polecam z czystym sumieniem. Myślę, że nie tylko fani thrillerów psychologicznych znajdą w niej coś dla siebie. Tarrryn Fisher stworzyła genialną powieść, która już od pierwszej strony chwyta czytelnika w swoje szpony.

Gorąco polecam!

Za możliwość przeczytania książki dziękuję Wydawnictwu SQN.


wtorek, 20 czerwca 2017

Nic do stracenia. Wreszcie wolni - Kirsty Moseley

Jak już większość z Was wie, Kirsty Moseley to autorka, której książki bardzo lubię, bo choć są one w szczególności przeznaczone dla nastolatków, to ja jako osoba, która ma już kilkadziesiąt wiosen na karku, zawsze znajduję w nich coś ciekawego i interesującego. Dziś zapraszam Was na recenzję kontynuacji powieści „Nic do stracenia. Początek”, czyli „Nic do stracenia. Wreszcie wolni”.

Ojciec Anny Spencer został wybrany prezydentem, od tej chwili życie dziewczyny jeszcze bardziej stało się mniej anonimowe. Z tego powodu Ashton Taylor ma więcej na głowie, a jego zadanie ochrony dziewczyny staje się coraz bardziej skomplikowane, tym bardziej że chłopak darzy dziewczynę uczuciem. Niebawem odbędzie się proces Cartera Thomasa, który jest realnym zagrożeniem dla młodej dziewczyny. Anna wie, że gdyby kolejny raz wpadała w jego ręce, jej piekło by powróciło. Czy razem z Ashtonem wymkną się niebezpieczeństwu? Czy ich miłość przetrwa wszystko? Przekonajcie się sami.

„Kirsty Moseley to amerykańska autorka powieści młodzieżowych. Odniosła ogromny sukces, publikując swoje powieści w internecie. W ciągu kilku lat jej książki sprzedały się w oszałamiającej liczbie 720 00 tysięcy egzemplarzy. Jej powieść „Chłopak, który zakradał się do mnie przez okno” stała się absolutnym hitem wśród polskich nastolatek.”

Bardzo się cieszę, że zbyt długo nie musiałam czekać na kontynuację losów Anny i Ashtona, gdyż zakończenie poprzedniego tomu nie było dość satysfakcjonujące i nie ukrywam, że wolałabym, żeby książka nie była podzielona. Jednak na całe szczęście historię tej dwójki mam już za sobą i muszę przyznać, że i ta opowieść autorki przypadła mi do gustu. Pierwsza część była bardzo fajna, a część druga w moim odczuciu okazała się chyba jeszcze lepsza. Autorka tym razem postawiła na dynamiczną akcję, pojawił się także dreszczyk emocji oraz rosnące napięcie. Oczywiście nie można zapomnieć, że to historia miłości dwójki młodych ludzi, jednak ich uczucie nie przytłacza i idealnie współgra z resztą fabuły.

Dla mnie książka okazała się bardzo emocjonująca i bardzo zżyłam się z bohaterami, w których zaszła niewyobrażalna zmiana. Ashton stał się wreszcie takim prawdziwym, twardym mężczyzną i teraz rozgościł się w moim sercu jeszcze bardziej. Postać Anny niezwykle mi się spodobała już w poprzedniej części, bo bardzo realistycznie została przedstawiona. Autorka w moim odczuciu idealnie pokazała obraz dziewczyny skrzywdzonej, nieradzącej sobie w codziennym życiu. Teraz Anna przeszła też ogromną zmianę, zaczęła ufać Ashtonowi i dzięki niemu zrodziła się w niej chęć do życia i przychylniej zaczęła spoglądać w przyszłość.

Bardzo lubię twórczość Kirsty Moseley, więc to normalne, że polecam Wam tę powieść. Historia Anny i Ashtona jest bardzo emocjonująca, pełna napięcia i pięknej miłości. Myślę, że przypadnie do gustu niejednej z Was.

Za możliwość przeczytania książki dziękuję Wydawnictwu HarperCollins Polska.




poniedziałek, 19 czerwca 2017

Wyniki konkursu urodzinowego

Miło nam ogłosić, że zwyciężczynią naszego konkursu jubileuszowego z okazji drugich urodzin bloga zostaje Teresa Kłos-Zakrzewicz z numerem 8!!! Teresa otrzymuje w nagrodę trzy książki autorstwa Barbary Freethy.
Gratulujemy i prosimy o kontakt na naszym fp w ciągu trzech dni.

Wszystkim innym  bardzo dziękujemy za miłe życzenia urodzinowe i wzięcie udziału w konkursie.


Michał Podbielski - Wojny Żywiołów. Przebudzenie Ziemi: Udręczeni

Dzisiaj przedstawię Wam debiut z gatunku fantastyki, którą ostatnio pochłaniam z wielką przyjemnością. Długo zabierałam się do napisania recenzji, przepraszam Was za to, ale musiałam sobie to wszystko wsadzić do odpowiednich "szufladek", przemyśleć tę pozycję dogłębnie (szczególnie że książka zostawiła mnie z małą niespodzianką, o której napisze w dalszej części recenzji). Teraz jestem wreszcie gotowa, aby opowiedzieć Wam coś o tej książce. Zastanawiacie się teraz pewnie, jaka to powieść, kogo? Już Wam mówię.

Dzisiaj opowiem Wam o debiucie Michała Podbielskiego "Wojny Żywiołów. Przebudzenie ziemi: Udręczeni"!

"W świecie, którym rządzą dwa żywioły, Ogień i Woda, rodzi się nowa siła. Właśnie następuje przebudzenie Ziemi. Żądne podbojów Imperium Koralu, będące pod opieką samej Pani Wody, porządkując własne prowincje, jest ślepe na nowe zagrożenia. W tym samym czasie na odległym kontynencie czciciele nadejścia bogini Ziemi wyruszają na świętą pielgrzymkę do opanowanego przez potwory, mistycznego Epicentrum. Rodzą się kolejne wielkie siły, a to wszystko, to dopiero początek..."

Zaczynając od początku, podobał mi się bardzo sposób, w jaki powieść została wydana. Często zwracam uwagę na takie elementy. W pierwszej części "Wojen Żywiołów" fajną sprawą była graficznie wyrysowana mapa z Imperium Koralu oraz Kontynentem Prerii, było to też bardzo pomocne, bo mogłam sobie to jeszcze bardziej zwizualizować w głowie. Z takich właśnie szczegółów, spodobał mi się również spis postaci.

Tutaj przejdźmy do kolejnej kwestii. Powieść zawiera bardzo dużo postaci i tak naprawdę nie ma tutaj przewodniego bohatera, na którym jest skupiona cała uwaga. Pierwszy raz też spotkałam się z tyloma postaciami, które mają swój własny "akapit". Właśnie dlatego spis postaci, był tutaj bardzo dobry pomysłem. Dzięki temu fabuła trzymała się kupy i nawet jak coś czasem pokręciłam, wracałam do początku i zaglądałam, aby sobie to uporządkować. Aczkolwiek co do tak dużej ilości postaci, to chyba nie za bardzo podszedł mi taki sposób prowadzenia fabuły. Wprowadzał trochę za dużo zamieszania i bardzo często można było się pogubić. Szczególnie że to nie były 2-4 postacie ze swoim "akapitem", ale kilkanaście. Fajnie było przeczytać "coś nowego" pod tym względem, aby chociaż wyrobić sobie opinie.

Przy tak prowadzonej fabule, muszę powiedzieć, że zdecydowanie podobał mi się styl autora. Był prosty, a jednocześnie umiał zaintrygować czytelnika. Do gustu przypadła mi także część "humorystyczna", a przy wątkach z Szarymi Płaszczami bawiłam się wspaniale. Autor, świetnie prowadził dialogi między postaciami, mimo tego, że nie skupiał  się na jednej postaci, jednak możemy przy tych dialogach poczuć się, jakbyśmy poznawali bohaterów dogłębnie, dzięki czemu, niektóre postacie zyskały naprawdę w moich oczach i ciężko było mi się z nimi rozstać.

Jak już wymieniłam kilka razy tę "frakcje" to już wiecie, że będę pisała o "Szarych płaszczach", a szczególnie o bohaterach, którzy mnie ujęli swoimi dialogami i kreacją.

Tęcza, jak i Iskra byli właśnie takimi postaciami. Magiczne moce, doskonałe dopasowanie jak na bliźniaki, a do tego przy nich nie mogło być nudno. Mogłabym godzinami rozmawiać o tych akcjach, które rozbawiły mnie z ich udziałem, ale tego nie zrobię tylko dlatego, abyście byli ciekawsi książki. Byli oni też najbardziej wyróżniający się z całej grupy, a do tego w typie bohaterów, których lubię. Skuteczni, a jednocześnie śmieszni. Dlatego warto dla nich sięgnąć po tę powieść, aby poznać tych dwóch "świrów" i Magów Ognia.

Jeśli ktoś lubi wielopostaciową i wielowątkową fabułę, to będzie się czuć przy tej książce bardzo dobrze. Mimo tego, że książka mi się podobała, to prowadzenie fabuły było średnie... ale i tak polecam!

Dziękuję za możliwość przeczytania autorowi!

sobota, 17 czerwca 2017

Debiutant - SJ Hooks

Erotyki i romanse to takie gatunki literackie, które chyba nigdy mi się nie znudzą, ale co się dziwić przecież jestem kobietą i lubię czytać o miłości i pożądaniu. Gdy w zapowiedziach wydawnictwa HarperCollins ujrzałam powieść „Debiutant” byłam jej bardzo ciekawa . Zaintrygował mnie tajemniczy tytuł, seksowna okładka i opis, który sugerował, że dostanę coś całkiem innego niż dotychczas. O autorce nie widziałam kompletnie nic, więc był to strzał w ciemno, ale że jako uwielbiam poznawać twórczość nieznanych autorów, bez wahania wzięłam ją do recenzji. Czy zostałam usatysfakcjonowana? Zapraszam do zapoznania się z moją opinią.

Stephen Worthington wykłada na uczelni literaturę angielską. Uwielbia swoją pracę, ale sen z powiek spędza mu jedna z jego studentek, mianowicie Julia Wilde, która nie przestrzega żadnych zasad. Do Stephena odzywa się po imieniu, zawsze bez pytania wtrąca swoje pięć groszy, a najbardziej drażni go jej styl ubierania, który nijak nie pasuje na uczelnię. Wykładowca nie może doczekać się końca semestru i momentu, kiedy irytująca studentka zniknie raz na zawsze z jego oczu. Jednak życie nie raz potrafi zadziwić i Stephen wikła się w zakazany romans właśnie z Julią, która krok po kroku zdradza mu arkana prawdziwej namiętności.

„Debiutant” to powieść, której byłam niezmiernie ciekawa, ale i troszkę się jej obawiałam. Autorka zaszalała i odeszła od utartych schematów, jakimi są naiwne, niedoświadczone dziewczyny i bogaci bogowie seksu. Tutaj jest zupełnie odwrotnie, Stephen to mężczyzna, ogromnie nieśmiały, niedoświadczony w sferze seksualnej, który na zakupy chodzi z mamą, a i zapomniałam dodać, że ma on ponad 30 lat. Za to Julia to młoda dziewczyna w pełni wyzwolona, niezwykle barwna, dla której seks nie jest żadnym tematem tabu i potrafi o nim mówić otwarcie i bez żadnego skrępowania. Właśnie stąd wzięły się moje obawy, gdyż nie byłam pewna, jak odbiorę takiego mężczyznę, jednak muszę Wam powiedzieć, że moje obawy były na wyrost, gdyż nieśmiałość Stephena momentami doprowadzała mnie do śmiechu. Jego przemyślenia i bicie się z myślami były czasami naprawdę bardzo zabawne, więc nawet dla samego humoru warto sięgnąć po tę powieść. Niestety czasami miałam wrażenie, że ta jego niepewność była zbyt mocno przekoloryzowana i wydawała się mało autentyczna, bo choć wiem, że istnieją tacy mężczyźni jak główny bohater, to niektóre jego zachowania były bardzo nienaturalne. Jednak nie jest to zbyt dużym minusem.

Jak już się domyśliliście, książka napisana jest z perspektywy Stephena i to też jest rzadkością w tego typu książkach. Osobiście uwielbiam poznawać męski punk widzenia, a książka napisana w całości z takiej perspektywy, jest naprawdę bardzo fajnym pomysłem, choć mam nadzieję, że w kolejnej części poznam punk widzenia Julii, gdyż jestem ciekawa, co kryje się w tej pięknej główce.

Autorka bardzo fajnie, a przede wszystkim naturalnie opisała przemianę jaka zachodzi w Stephenie, który pod wpływem Julii rozwija się seksualnie, zmienia swój wizerunek, czasami nawet robi to nieświadomie. Julia to takie jego lekarstwo na nieśmiałość i uwolnienie prawdziwego „JA”. Myślę, że ta przemiana będzie miała swój dalszy ciąg w kolejnej części i na sam koniec nie poznamy nieśmiałego wykładowcy. ;)

Jako, że jest to erotyk, to pojawiają się sceny seksu, jednak nie liczcie na nie wiadomo co, gdyż autorka opisała to bardzo minimalistycznie i muszę przyznać, że nawet mi się to podobało. Moja wyobraźnia pracowała wtedy na najwyższych obrotach, by jak najbardziej zwizualizować sobie daną scenę. Autorka postawiła także na subtelność i delikatność, dzięki temu nie pojawiają się w książce wulgaryzmy, z którymi osobiście nie mam problemu, ale wiem, że wiele osób to razi. Poza tym nie pasowałoby to do kreacji głównego bohatera, który nie przeklina i jest bardzo opanowany, chociaż nie ukrywam, że pod wpływem panny Wild, zdarzy mu się delikatnie przekląć.

Polubiłam głównych bohaterów, bo choć Stephen nie jest ucieleśnieniem kobiecych fantazji, to okazał się tak słodki w tej swojej nieśmiałości, że nie sposób nie obdarzyć go sympatią. Za to Julia zyskała w moich oczach swoim barwnym stylem bycia, a jej otwartość seksualna została opisana bardzo naturalnie i dzięki bogu autorka nie zrobiła z niej jakiejś pierwszej lepszej panny puszczalskiej, bo to dziewczyna bardzo mądra, a to, że jest wyzwolona, nie jest żadną wadą.

„Debiutant” nie jest literaturą wysokich lotów, ale potrafi umilić czas, poza tym czyta się ją w ekspresowym tempie. SJ Hooks udowodniła, że można napisać coś nowego i interesującego, jednak zdaję sobie sprawę, że taki schemat nie każdemu przypasuje. Ja jednak powieść tę polecam, bo miło spędziłam przy niej czas i czekam na kolejną część.


Za możliwość przeczytania książki dziękuję Wydawnictwu HarperCollins Polska.

Pazdan. Chłopak, który gra sercem - Yvette Żółtkowska-Darska


Niedługo mija rok od momentu, kiedy na dobre zainteresowałam się piłką nożną – sportem nie z tej ziemi, czymś, co każdego dnia wywołuje u mnie uśmiech, a przy okazji dostarcza niezapomnianych emocji! Jako że jestem też molem książkowym, chyba nikogo nie zdziwi fakt, że na mojej półce zaczęło pojawiać się coraz więcej pozycji, które w choć małym stopniu związane są z tym przepięknym sportem. Od autobiografii idola, po książki opisujące dawne dzieje klubowe i tę jedną, niesamowicie fajną książkę, którą otrzymałam niedawno w swoje łapki, i naprawdę nie mogłam jej nie przeczytać.

„Pazdan – Chłopak, który gra całym sercem”, to opowieść o obrońcy polskiej reprezentacji, który na Mistrzostwach Europy 2016 we Francji zasłynął świetną grą i… nienaganną fryzurą!
Yvette Żółtkowska-Darska, autorka książki o Pazdanie, a także innych czytadeł o piłkarzach dla dzieci, jak sama podaje na odwrocie książki, jest nie tylko pisarką, czy choćby wieloletnią szefową TVN Style. Jest wspaniałą matką wychowującą 12-letniego synka, którego pasja do futbolu tak bardzo zainspirowała Panią Yvette, że wkrótce obmyśliła własną koncepcję książek dla dzieci, co w świecie literatury zrobiło naprawdę olbrzymią furorę.
Bestsellery, takie jak „Lewy”, „Messi”, „Ronaldo” zostały przetłumaczone już na 11 języków! Co kryją w sobie te książki, że tak chętnie sięgają po nie nie tylko dzieci, ale i młodzież, czy dorośli?

Był raz sobie uroczy chłopczyk o blond włosach, orzechowych oczach i słodkich piegach na nosie. Urodził się w Krakowie, w wyjątkowej dzielnicy-mieście o nazwie Nowa Huta.”

Przygodę rozpoczynamy w Nowej Hucie, bo to właśnie tam urodził się Michał Pazdan – nasza narodowa duma!
Książka pokazuje nam jego perypetie już od najmłodszych lat. Poznajemy jego rodziców, braci Pawła i Tomka, na dłużej zatrzymujemy się w Krakowie, aby móc w spokoju napić się herbaty i przyjrzeć się z bliska pierwszym poczynaniom naszego małego „Pazdka” w juniorskich klubach. A kiedy wyruszymy poza próg rodzinnego domostwa Michała, napojeni oraz najedzeni tradycyjnymi obwarzankami krakowskimi, wszyscy pójdziemy na spotkanie z Kordianem Wójsem - pierwszym trenerem naszego bohatera, który, jak sam wspomina, bardzo ukształtował jego obecny charakter. W książce poznajemy trud wiążący się ze spełnianiem marzeń, młodzieńczą determinację i ambicje Michała, które doprowadziły go do miejsca, w którym jest teraz. Bo w końcu kto choć trochę zainteresowany piłką nie chciałby pojawić się na murawie w trakcie ważnego spotkania?
Przypomnijmy sobie na przykład ten legendarny mecz z Niemcami, który zakończył się szczęśliwym dla nas wynikiem 2:0! Moment, kiedy nasi piłkarze stoją na środku, z dumą śpiewają hymn narodowy… kiedy po twoim ciele przechodzą ciarki, a w głowie pojawia się myśl „Hej, dzisiaj na pewno się uda!”. Kapitan reprezentacji całuje orzełka na piersi, patrzy w niebo, a potem szeroko się uśmiecha. Daje nam nadzieję. Daje nam wiarę! I faktycznie. W rewelacyjnym stylu pokonujemy Niemców aż 2:0 (po golach Milika i Mili), nasze „Bałe Orły” zostają bohaterami, a potem przychodzi czas na świętowanie.
Michał Pazdan też został takim bohaterem. A o jego drodze na szczyt możemy dowiedzieć się właśnie w książce pani Yvette!
Historia opowiedziana w zabawny sposób, mnóstwo zdjęć, które sprawiają, że podróż przez życie Michała Pazdana staje się dla nas jeszcze ciekawsza i jeszcze bardziej chcemy brnąć przez nią dalej – zaciekawieni, uśmiechnięci i pełni podziwu.
Chociaż książka ta skierowana jest głównie do dzieci, a ja sama mam szesnastkę na karku, muszę przyznać, że podróż przez nią była prawdziwą przyjemnością! Uwielbiam wszelakie biografie, a ta została napisana tak przyjemnie, tak przejrzyście, że jestem w stanie polecić ją każdemu, kto choć trochę interesuje się futbolem. Poza tym, rzeczą która bardzo mi się spodobała był fakt, że w książce opisane zostały miasta, z którymi to nasz Michał jest ściśle powiązany. Lektura przybliża nam dzieje Krakowa oraz Nowej Huty, która dzięki swojej wyjątkowej historii ewidentnie się dziś wyróżnia. Swoją drogą, czy wiedzieliście, że jeden z symboli Krakowa – obwarzanki krakowskie – znajdują się na liście produktów chronionych przez Unię Europejską, a produkowane mogą być tylko w obrębie Krakowa?
Książka bawi i uczy. Jest naprawdę sympatyczna! Polecam ją wszystkim, bez względu na wiek i pozdrawiam Panią Yvette.



Za możliwość przeczytania dziękuję Wydawnictwu Burda Książki.

Misja wywiad z Aleksandrą Szymaniak


Przed Wami kolejna Misja wywiad. Tym razem mieliście okazję zadać pytania autorce "Slatron. Przeznaczenie", Aleksandrze Szymaniak. Zwycięzcą konkursu na najlepsze pytania została Małgorzata Wójcik!!! Autorka ufundowała nagrodę, którą  jest "Slatron. Przeznaczenie" i kilka słów do zwyciężczyni:

" Nie bez przyczyny wybrałam Panią, jako zwycięzcę. To są trudne pytania, które stawiają przede mną duże wyzwanie, a na takie lubię odpowiadać najbardziej."

Małgorzacie gratulujemy i prosimy o kontakt na naszym fp w ciągu trzech dni.

Zapraszamy na wywiad :)



Katarzyna Jolanta Ba

1. Mogłabym wiedzieć co uważa Pani za receptę na stworzenie chwytliwego tytułu książki?

Raczej nie mam konkretnej recepty na stworzenie tytułu książki. Pamiętam, że sama miałam ten problem, gdy tworzyłam "Slatron. Przeznaczenie".
W tej kwestii bardzo pomogła mi przyjaciółka. Siedziałyśmy pięć godzin w kawiarni i główkowałyśmy. Jeśli komuś się zdarzy kompletny brak pomysłu na nazwę dla swojej powieści,
polecam kubek gorącej kawy oraz świetne towarzystwo. Sprawdza się! ;)

2. Czy myśli Pani, że marzenia senne można przełożyć na rzeczywistość, jeśli się tego pragnie?

Oczywiście, że tak. Wystarczy tylko wierzyć w siebie i w swoją wyobraźnię oraz dążyć do upragnionego celu.
Wtedy wszystko jest możliwe. 


Izunia Raszka

1. Załóżmy, że mogłaby Pani przenieść się do świata przedstawionego w dowolnej powieści. Jaką by Pani wybrała książkę i dlaczego? A może żadną?

Może nie jest to książka o danym tytule, ale zawsze marzyłam, by choć na chwilę przenieść się do historii, gdzie dzieją się rzeczy nadzwyczajne, jakich nie ma w świecie rzeczywistym. Z racji, że jestem duszą romantyczki, chciałabym w tej powieści wątek miłosny, w którym ja zagrałabym główną bohaterkę. Odkąd zaczęłam coraz bardziej zatracać się w literaturze, marzę o przeżyciu takiej książkowej miłości.

2. Jaka była mała Ola? Jakie nawyki zostały Pani do dziś?

Dość trudne pytanie, choć chyba znam na nie odpowiedź. Mała Ola z pewnością miała wybujałą wyobraźnię, co zresztą zostało do dziś.
Uwielbiałam tworzyć własne historie, wymyślać bajki, marzyć. Oprócz tego kochałam oglądać filmy o księżniczkach, nadal czasami to robię z siostrami i jeszcze
potrafię się na nich wzruszyć. Mała Ola była otwarta na ludzi, nie bała się z nimi rozmawiać, nie lubiła samotności, wolała spędzać czas w towarzystwie. To też zostało
mi do dziś. Może trochę w mniejszym stopniu, ponieważ dojrzewam i czasami chcę być przez chwilę sama, i pomyśleć, ale zdecydowanie preferuję spotkania z przyjaciółmi i rozmowy z ludźmi.

3. Załóżmy, że proces napisania i wydania książki to potrawa. Jakie powinna mieć według Pani składniki?

Czytam właśnie poradnik pani Katarzyny Bondy "Maszyna do pisania" i tam Autorka porównuje proces pisania do ciąży. Książka to dziecko, które najpierw trzeba spłodzić (powstanie pomysłu, spisanie tego na papier, dopracowanie szczegółów, sporządzenie planu wydarzeń) - bez tego nie ruszymy dalej, a jeśli nawet, zwiastuje to tylko późniejsze problemy (czego sama doświadczyłam). Potem trwa okres ciążowy, czyli samo tworzenie powieści, a na koniec poród - zakończenie i dopięcie wszystkiego na ostatni guzik. W pełni się z tym zgadzam.
Co do wydania książki. Tu jest podobnie, przynajmniej tak mi się wydaje. Z pewnością tekst powinien przejść przed dokładną korektę, to jest najważniejsze. Później
pozostaje okładka, którą autor powinien zaakceptować, oraz szczegóły związane z samym wyglądem egzemplarza. Na koniec skład, druk i przede wszystkim - promocja odgrywająca bardzo
ważną rolę, bo to dzięki niej powieść szanse dotrzeć do szerszego grona odbiorców i zostać bestsellerem.


Barbara Pawlik

1.Najpiękniejsze chwile dzieciństwa to?

Wspaniałą chwilą była moja pierwsza wizyta w teatrze. Nie pamiętam dokładnie, o czym opowiadał spektakl, ale wiem, że mnie zachwycił. Kolejnymi pięknymi doświadczeniami mianowałam wyjazdy i konkursy z zespołem tanecznym.

2. A najpiękniejsze wspomnienia?

Szczerze mogę odpowiedzieć, że piękną chwilą z dzieciństwa była moja pierwsza Komunia Święta. Ten dzień bardzo dobrze pamiętam, aż do dzisiaj i od czasu do czasu siadam przed telewizorem, żeby obejrzeć wideo z uroczystości. Z przyjemnością wróciłabym na moment do tego dnia.

3. Marzenia obecne?

Na pewno jest ich kilka związanych z pisaniem, jak na przykład: wydanie kolejnych tomów "Slatronu" oraz mieć na swoim koncie bestseller. Ale tak poza tym od dzieciństwa marzy mi się nurkowanie z butlą oraz pływanie z delfinem. Zawsze uważałam to za coś fantastycznego, tak zostało do tej pory, i teraz pracuję nad tym, żeby to spełnić. Takim z ważniejszych pragnień jest także otwarcie własnego wydawnictwa w przyszłości, ale do tego jeszcze daleka droga.


Nela Radon

1. Jesteś jeszcze bardzo młodą osobą, jak wydanie książki wpłynęło na Twoje życie, na naukę i co na to rodzice?

Wydanie książki wpłynęło na moje życie, choć nie aż tak znacząco. Może jako tako moja codzienna rutyna wygląda całkiem normalnie, to w pewnych sytuacjach to się odznacza i daje o sobie znać.
Oprócz obowiązków, mam teraz jeszcze pisanie. Jest to oczywiście coś, co kocham i robię z wielką przyjemnością, ale nie uważam tego za mój główny priorytet. W pewnej części jest to też zobowiązanie względem czytelników.
Jeśli opublikowany został pierwszy tom, który ma zakończenie otwarte, powinien także powstać drugi, ponieważ czytelnicy chcą wiedzieć, co się dalej wydarzy. Jestem książkoholiczką, więc wiem, co to znaczy.
Tak samo jest w przypadku Wattpada, gdzie wstawiam w odstępie, na przykład kilku dni, rozdziały, a odbiorcy niecierpliwie czekają na kontynuację. Nie zmuszam się do pisania, jeśli nie mam weny, czy znudziła mi się dana praca, co to, to nie.
Jeszcze mi się nie zdarzyło jednak, bym przerwała coś w połowie i odłożyła to na bok lub wyrzuciła do kosza. Każda moja historia, którą tworzę, ma to w sobie, że sama nie mogę się doczekać, jak fabuła się potoczy, a przygoda bohaterów - zakończy.
Ale wracając do tematu, naukę i pisanie staram się ze sobą pogodzić. Teraz w liceum nie jest zbyt prosto, ostatni raz otworzyłam swój zeszyt czy dokument tekstowy dobre dwa tygodnie temu. Na szczęście zbliżają się wakacje, więc będzie czas na nadrabianie zaległości.
Rodzice bardzo mnie wspierają. Bez nich nie poradziłabym sobie. Są wyrozumiali; pomogą, jeśli tego potrzebuję. Nie zawsze się ze sobą zgadzamy, ale w końcu dojdziemy do porozumienia i znajdziemy złoty środek.

2. Czytając opis książki poczułam się trochę jakbym czytała o Harrym Potterze, inspirowałaś się na jakiś książkach?

Faktycznie, książka może się wydawać podobna do Harry'ego Pottera, szczególnie początek, jednak mimo tego, że historia
Salaminy opiera się na moich dziecięcych wyobrażeniach o córce Salazara Slytherina, staram się nie zwracać uwagi na podobieństwa. Dobrze wiem, jak będzie wyglądać cała tetralogia i mogę zagwarantować, że odbiega ona od przygód znanego czarodzieja.
Czy się inspirowałam... pomijając to, o czym napisałam wyżej, to raczej nie. Nie przepadam za wzorowaniem się na innej książce, bo nawet nie będę wiedziała kiedy, pojawi się podobny wątek czy scena, którą czytelnicy z pewnością wytknęliby mi. Nie chciałabym doprowadzić do sytuacji takich, jak właśnie z porównywanie "Slatronu" z "Harrym".


3. Fantastyka często trafia na ekrany, czy chciałabyś żeby Twoje książki przeniosły się na duży ekran, jak sobie to wyobrażasz? Może Twoje przyjaciółki ze szkolnych ławek zagrałyby główne role?

Chyba każdy autor marzy o obejrzeniu swojego dzieła na dużym ekranie. To jednak jest bardzo trudne do zrealizowania. Historia musi mieć tę siłę przebicia, żeby ktoś ją zauważył i chciał zekranizować. Szczególnie tutaj w Polsce. Nie wyobrażam sobie za wiele w tym kierunku, chociaż kiedyś myślałam nad tym, jakby to wyglądało. Nie ukrywam też, że niektórzy moi przyjaciele ze szkolnych ławek wcielają się w bohaterów "Slatronu". Wpasowali się w nich świetnie, a ich charaktery się uzupełniają, więc stwierdziłam: czemu nie, może ten eksperyment się uda? Teraz nie żałuję, że to zrobiłam.


Robert Czyżycki

1. Nie boi się Pani negatywnych recenzji swojej powieści?

Nim pojawiła się pierwsza recenzja, bałam się tego strasznie. Zaczynając przygodę z pisaniem, kompletnie nie radziłam sobie z krytyką. Dopiero z czasem, gdy kolejne osoby krytykowały i obiektywnie oceniały moje prace, przyzwyczajałam się do tego i tłumaczyłam sobie, że dzięki uzyskanym radom, powieść będzie jeszcze lepsza. Do tej pory się tego trzymam, a na chwilę obecną jestem zadowolona z opinii o "Slatronie". Każdy autor otrzymał choć jedną negatywną recenzję, dlatego też nie przejmuję się tymi gorszymi.

2. Jaką złotą myśl, radę, wskazówkę mogłaby Pani przekazać swoim czytelnikom?

Zawsze powtarzam, że najważniejsze jest to, by wierzyć w siebie i swoje możliwości. Dążyć do upragnionego celu, nie poddawać się bez walki. Robić to, co się kocha, bo inaczej nie ma sensu.
Może dodatkowo przytoczę cytat Jamesa Deana:
"Śnij tak, jakbyś miał żyć wiecznie. Żyj tak, jakbyś miał umrzeć dziś"

3. Co czuła Pani trzymając w dłoniach swoją pierwszą książkę?

Bez wątpienia satysfakcję i ogromną radość. Dopiero w tamtej chwili dotarło do mnie, co się właśnie dzieje. To było cudowne widzieć stworzoną przez siebie historię w jednym woluminie.


Agnieszka E. Rowka

1. Czego się Pani boi najbardziej na świecie?

Ciężko jest mi odpowiadać na to pytanie. Nie chciałabym raczej mówić o moim największym lęku, dlatego powiem może o tym drugim w kolejności, żeby nie zostawiać pytania bez odpowiedzi. Strach przed ciemnością.

2. Na jaką planetę chciałaby pani polecieć?

Mars lub Wenus.

3. Gdyby mogła Pani wskrzesić kogoś ze sławnych ju
ż nie żyjacych osób to kto to by był i dlaczego?

Jest to trudne pytanie, aczkolwiek dwie pierwsze osoby, które przyszły mi do głowy, to: Alan Rickman oraz Michael Jackson.
Niegdyś byłam wielką fanką Michaela, jeszcze przed jego śmiercią. Pamiętam, że bardzo to przeżyłam. Do tej pory od czasu do czasu słucham jego utworów i żałuję, że nie będzie nowych. Nie mogę powiedzieć nic o jego osobie, bo go nie znałam, więc wymieniłam coś, za co bardzo go ceniłam i cenię.
Alan Rickman to był fantastyczny aktor. Usłyszawszy o tym, że umarł, zaczęłam płakać przed telewizorem, jak pewnie nie jeden fan tego człowieka.


Wika Judzia Wasilewska

1. Ulubiona pora roku?

Wiosna.

2. Co najczęściej wywołuje u Pani uśmiech?

Rozmowy o książkach, wspólnie spędzony czas z rodziną i przyjaciółmi.

3. Ulubiona książka z dzieciństwa?

"Mikołajek" oraz "Magiczne Baletki - przygody małej Heli"


Ola Stemplewska

1. Jaki jest Pani przepis na udany dzień?

Nie lubię siedzieć bezczynnie, więc udany dzień dla mnie to taki, kiedy zrobię coś produktywnego. Dajmy na to, napiszę
nowy rozdział, posprzątam w pokoju, pójdę na spacer, spotkam się z przyjaciółmi, czy się pouczę.
Oprócz tego, lubię kłaść się spać z uśmiechem na twarzy.

2. Koncentruje się Pani tylko na teraźniejszości, czy zdarza się Pani żyć wspomnieniami?

Raczej nie wracam myślami do przeszłości, bo i tak nie można do niej wrócić i naprawić błędów, które się niegdyś popełniło.
Może czasami zdarza mi się coś wspominać, ale staram się żyć teraźniejszością, iść do przodu. Nie patrzeć za siebie.



Joanna Wiewióra

1. Jest Pani młodą kobietą jak i pisarką, co więc zainspirowało, że zaczęła Pani przygodę z pisaniem książek?

Chyba wyobraźnia mnie do tego nakłoniła. Coraz więcej historii zaczęło mi się rodzić w głowie, nie chciałam pozostawić ich samym sobie w mojej głowie. Któregoś dnia usiadłam do komputera i spontanicznie napisałam pierwszy tekst.

2. Czy wiąże Pani przyszłość z pisaniem książek czy bardziej jakieś krótsze opowiadania?

Nadal chciałabym tworzyć dłuższe utwory, ale krótkimi opowiadaniami nie pogardzę. Zrywać z pisaniem nie zamierzam. Może zostaniem pisarką z zawodu nie jest szczytem moich marzeń, ale coś z tym powiązanego na pewno. Wspominałam już wcześniej, będę dążyć do założenia własnego wydawnictwa (nie po to, żeby wydawać własne powieści, również innych polskich autorów, jak i tych zagranicznych),ewentualnie do pracy w jakimś, np. jako redaktor.

3. Jak sobie Pani wyobraża siebie tak za 10 czy 15 lat? Czy dalej jako pisarka czy kogoś zupełnie innego?

Chyba odpowiedziałam na to pytanie powyżej. Może nie jako pisarkę, ale kogoś z tym powiązanego. Na pewno chciałabym działać w branży wydawniczej, bez wątpienia. Mam nadzieję, że to się już nie zmieni.



Klaudia Wójcik

1. Co Panią zainspirowało do napisania tej książki?

Jako tako nie miałam inspiracji. Tworzyłam tę historię od podstaw. Mogę jedynie powiedzieć, że kiedyś wyobrażałam sobie Salaminę jako córkę Salazara Slytherina. Staram się jednak nie nawiązywać do Harry'ego Pottera.

2. Jakie ma Pani rady dla młodych pisarzy?

Pisać, pisać, pisać i czytać. Cały czas ćwiczyć, rozwijać się i nie poddawać się bez walki. Najważniejsze to wierzyć w siebie i swoje umiejętności. Wierzyć, że dacie radę. Z taką myślą bez wątpienia uda wam się osiągnąć cel.

3. Najlepsze miejsce do czytania to...?

Najlepsze miejsce do czytania to własne łóżko, pod kocykiem. Oprócz tego kawiarnia. Uwielbiam zapach kawy, uspokajającą muzykę oraz wygodne fotele. :)


Małgorzata Wójcik

1. Jaka książka odegrała w Pani życiu największą rolę?

Hmm... na początek na myśl przyszła mi powieść młodzieżowa "Rywalki" Kiery Cass, która w jakiś sposób wpłynęła na mój charakter, mimo że jest lekka i naprawdę prosta, przyjemna.
Jednak po dłuższym zastanowieniu zdecydowałam się na "Mara Dyer: Tajemnica", ponieważ dzięki tej książce pokochałam literaturę. Gdybym jej nie przeczytała, książki nadal
byłyby mi odległe, a co dopiero pisanie. Mam do całej serii ogromny sentyment.

2. Gdyby na jeden dzień mogła zamienić się Pani 'na życia' z dowolnym autorem/autorką, kogo by Pani wybrała? Dlaczego?

Nie potrafię podać konkretnego autora, jednak wiem, że byłaby to osoba, która wzbudziła szacunek i wyrobiła sobie dobrą opinię w oczach ludzi i swoich czytelników, która jest przykładem do naśladowania. Nie mówię tego tylko jako o autorze, ale i o człowieku.

3. Proszę zdradzić jakie jest Pani ulubione słowo. Czy wiąże się z nim jakaś szczególna historia, wspomnienie?

Trudno wybrać jedno spośród tak wielu. Byłoby to chyba słowo "wyobraźnia", ponieważ może być ona niezgłębiona, ogromna. Nikt tak naprawdę nie wie, jak ona działa, jak to się dzieje, że tyle rzeczy potrafi zrodzić się w głowie człowieka. Wyobraźnia jest tajemnicza i niezbadana, to mnie intryguje. Raczej wiążę z nią przede wszystkim moją historię z pisaniem oraz wszystko, co mogę przeobrazić w myślach podczas czytania. To niesamowite!


Janusz Fo

1. Do jakiej piosenki porównałaby Pani swoje życie?

Chyba nie ma takiej piosenki, do której mogłabym porównać swoje życie. Przynajmniej ja takiej nie słyszałam. Żywię jednak nadzieję, że kiedyś taką znajdę. ;)

2. Kto jest najważniejszą osobą w Pani życiu?

Nie mam jednej najważniejszej. Rodzina jest dla mnie najważniejsza oraz przyjaciele. To się na pewno nie zmieni.


Wiktoria Lasota

1. Jaka książka sprawiła, że zaczęłaś przygodę z czytaniem?

O niej wspomniałam już wcześniej. Jest to "Mara Dyer. Tajemnica", do której mam ogromny sentyment.

2. Co lub kto miało wpływ na to, że postanowiłaś napisać książkę?

Moja własna wyobraźnia. Chciałam przelać wszystkie pomysły na papier. W końcu postanowiłam to zrobić, więc usiadłam spontanicznie do komputera, włączyłam edytor tekstu i zaczęłam pisać. ;)

3. Czy utożsamiasz się z bohaterem ze swojej powieści i jeśli tak, to kto to jest?

W każdego bohatera swoich prac staram się przelewać część siebie. Najbardziej chyba utożsamiam się z Salaminą. Nie tylko dlatego, że stworzyłam ją na swoje podobieństwo. Postać ta jest ze mną, odkąd skończyłam osiem lat. Jest ona dla mnie szczególnie ważna.


Gośka Bujwid

1. Ulubiony autor?

Jennifer L. Armentrout - jej książki mogłabym czytać w kółko i w kółko, i nigdy mi się nie znudzą.
Katy Evans - z tą autorką zetknęłam się stosunkowo niedawno, ale jej powieści szybko zawładnęły moim sercem.

2. Najpiękniejsze wspomnienie z Dnia Dziecka?

Raczej nie mam takiego lub go nie pamiętam. Każdy Dzień Dziecka spędzam z rodziną. Można powiedzieć, że to taka tradycja. :)

Dziękuję wszystkim za pytania i wzięcie udziału w konkursie oraz gratuluję zwyciężczyni. Z przyjemnością przekażę egzemplarz "Slatronu" w Pani ręce.
Uwierzcie mi, wybór nie był łatwy. Wiele pytań było dla mnie wyzwaniem. Na wszystkie odpowiadałam najlepiej, jak tylko potrafiłam.
Pozdrawiam serdecznie. :)

środa, 14 czerwca 2017

Przyszłość Violet i Luke'a Jessica Sorensen (NASZ PATRONAT MEDIALNY)

Jessica Sorensen to autorka, z której twórczością zaznajomiłam się całkiem niedawno, jednak wystarczyła mi jedna przeczytana powieść, by jej twórczość szturmem podbiła moje czytelnicze serce. „Przyszłość Violet i Luke'a” to czwarty tom cyklu The Coincidence i tak samo wciągający, jak poprzednie. Tym bardziej jestem szczęśliwa, że mój blog objął tę powieść patronatem medialnym, a na skrzydełku pojawiła się moja rekomendacja. Zapraszam na recenzję.

„Przeznaczenie znów krzyżuje drogi Violet i Luke'a, a piętno przeszłości wciąż nie daje o sobie zapomnieć.”

Violet i Luke'a nie widywali się przez kilka miesięcy. W tym czasie dziewczyna wróciła do Prestona, lecz wie, że nie jest to miejsce dla niej, czuje się wykorzystywana i nieszczęśliwa. Za to Luke'a powrócił do starych nawyków, ciągłe imprezy i alkohol ściągają go na samo dno. Oboje cierpią gdy są daleko od siebie, ale prawda, której się dowiedzieli, wisi między nimi niczym topór. Jednak, gdy Luke'a wpada w kłopoty, przeznaczenie kolejny raz postanawia połączyć ich na nowo. Gdy wszystko zaczyna iść ku lepszemu, bolesna przeszłość kolejny raz daje o sobie znać, a Violet zaczyna otrzymywać dziwne smsy, w których anonimowa osoba twierdzi, że zna zabójców jej rodziców. Czy ta dwójka ma szansę na szczęśliwy happy end? Czy bolesna przeszłość pozwoli o sobie zapomnieć? Co się stanie, gdy prawda wyjdzie na jaw? Tego wszystkiego musicie dowiedzieć się sami.

Jessica Sorensen to niekwestionowana królowa New Adult. Jej książki kipią emocjami, które niczym tornada przetaczają się przez czytelnika, a gdy zaczyna się czytać, to nie ma mocnych, by książkę odłożyć na półkę, nim nie pozna się zakończenia. „Przyszłość Violet i Luke'a” to genialna kontynuacja poprzedniego tomu. To przepiękna, ale i bolesna opowieść o dwójce młodych ludzi, którzy już jako dzieci przeżyli piekło, które niestety ciągnie się za nimi niczym cień. Przeszłość dopada ich cały czas, utrudniając nowy start w życiu. Jeżeli czytaliście poprzednią część, to wiecie, że nie jest to cukierkowa i romantyczna opowieść jakich wiele, bo to historia bolesna, która ma słodko – gorzki smak.

Autorka porusza także wiele bardzo trudnych tematów tj. alkoholizm, narkomania, depresja, problemy emocjonalne, czy hazard, z którymi zmagają się bohaterowie. Widać, że w każdy ten temat zostało włożone wiele pracy i nic nie jest potraktowane po macoszemu. Jeżeli połączymy to wszystko z uczuciem, jakie pojawia się między bohaterami oraz z ich przeszłością to wychodzi nam istne emocjonalne tornado, które miażdży serca i wgryza się w duszę. O trudnym tematach nie pisze się łatwo, ale Jessica Sorensen poradziła sobie z tym idealnie i ja osobiście jestem pod ogromnym wrażeniem.

Kreacja bohaterów wyszła autorce po prostu genialnie. Są to młodzi ludzie, którzy mieli traumatyczne dzieciństwo, które ukształtowało ich na osoby nieufne i samowystarczalne. Spotkali się dzięki przeznaczeniu, które uchroniło ich przed autodestrukcją. Przy sobie czują się silniejsi, a uczucie, które ich połączyło, sprawia, że stają się lepszymi ludźmi. Tylko, czy kiedykolwiek pogodzą się z tym, co ich spotkało? Bardzo polubiłam tę dwójkę bohaterów i wiele razy dzieliłam z nimi ich ból. To osoby okropnie pokrzywdzone przez los ze strasznie poranionymi duszami.

Mimo trudnych tematów książka napisana jest bardzo lekko i już od pierwszej strony zostałam wciągnięta w głąb fabuły. W książce cały czas coś się dzieje, nie ma czasu na nudę i momentalnie przepada się z kretesem. Historia ta to emocje, emocje i jeszcze raz emocje, jest to jej największym atutem, bo porusza w czytelniku najczulsze struny wrażliwości i niejednokrotnie pojawiają się łzy, a wzruszenie ściska za gardło. Powieść ta zawiera wiele złych emocji, ale są też i te dobre, które wraz ze sobą niosą nadzieję.

'Przyszłość Violet i Luke'a” to kolejna genialna książka w dorobku Jessiki Sorensen i jedna z lepszych powieści z gatunku New Adult, jakie do tej pory czytałam. To przepiękna historia dwójki młodych ludzi, którzy pogubili się w życiu, a ich wybory i decyzje nie zawsze należą do udanych. Już od pierwszej strony pochłonął mnie ten emocjonalny rollercoaster, serce tłukło się w piersi, a myśli kotłowały się w głowie. Autorka zafundowała mi niezłą jazdę bez trzymanki, akcja nawet na chwilę nie zwalniała, a ja z zapartym tchem śledziłam losy bohaterów. To piękna, cudowna i wartościowa powieść, która porusza, wstrząsa, a przede wszystkim daje do myślenia. Gorąco polecam!

Jedyny minus, jaki znalazłam, to to, że zbyt szybko się skończyła, a ja chcę więcej...


Za możliwość przeczytania książki dziękuję Wydawnictwu Zysk i S-ka.

Misja Wywiad z Alicją Sinicką

Dziś zapraszamy na Misję Wywiad z Alicją Sinicką, autorką powieści pt. "Oczy wilka". Nagrodę za najciekawsze pytanie otrzymuje Izunia Raszka. Serdecznie gratulujemy i prosimy o kontakt na naszym fp.



Edyta Chmura

1. Dużo się mówi o tym, że coraz mniej osób sięga po książki, że pisarze polscy nie radzą sobie z zagraniczną „konkurencją” (mam na myśli znane nazwiska pisarzy z innych państw), że nie warto zajmować się pisaniem, bo to czasochłonne i niedochodowe zajęcie. Jaki jest, w Pani odczuciu, polski rynek wydawniczy? Czy trudno było Pani znaleźć wydawcę debiutanckiej książki?

Bez cienia wątpliwości ciężko jest debiutować w Polsce. Jest dokładnie tak jak Pani mówi. Większość książek przypływa do nas zza oceanu niosąc nowe trendy w pisaniu, ciekawe gatunki i pomysły. To trochę tak jak z kinem w Polsce. Jest zdominowane przez Stany Zjednoczone, ale czasem fajnie pooglądać coś polskiego. Ja póki co traktuję pisanie jako hobby, może kiedyś uda mi się stworzyć z tego sposób na życie.

2. Lena i Artur już przy pierwszym spotkaniu czują, że coś ich ku sobie ciągnie. Czy wierzy Pani w romantyczną (nieomal książkową) miłość od pierwszego wejrzenia?

Jak najbardziej! Uważam, że ludzie wrażliwi tylko tak potrafią się zakochiwać. Czują magię wirującą wokół drugiego człowieka. Czasem nie zdają sobie z tego do końca sprawy, bo muszą zwracać uwagę na wiele rzeczy jednocześnie. Na przykład pierwszego dnia w nowej szkole, tyle się dzieje, a tu ten jedyny stoi przed nami i jest jakiś wyraźniejszy niż inni. Ta magia przedziera się przez otoczenie i uderza silnym impulsem w nas, tak jak chłodne spojrzenie Artura, od którego Lenie robi się zimno, choć powinna płonąć ze wstydu, bo przecież zniszczyła mu samochód.

Nela Radon

1. Wszędzie pojawiają się błękitne oczy, dlaczego akurat ten kolor? Nie myślała Pani by wyłamać się z tego schematu, przecież wilki maja nie tylko błękitne oczy?

W „Oczach wilka” kolor ma charakter symboliczny, przeplata się z karmelowym – czyli drugim najpopularniejszym odcieniem wilczych oczu. Potrzebowałam takiej mieszanki, żeby stworzyć tę historię. Dominuje w niej niebieski, więc wylądował na okładce. Poza tym ten kolor podkreśla to jaki jest Artur. Zimny, tajemniczy… On musiał mieć błękitne oczy.


2. W niektórych recenzjach porównuje się sceny miłosne z Pani książek do scen z Greya, wzorowała się Pani na nim, czy to czysty przypadek. A może na innych książkach się Pani wzorowała?

Sceny miłosne raczej nie przypominają tych z Greya. Nie wzorowałam się na tej historii, ale jak już wspominałam w innym wywiadzie, książka E.L. James jest świetna i z pewnością wstrząsnęła światem literatury kobiecej. Po niej prawie każdy sexowny i zamożny bohater jest porównywany do Greya. Nie unikniemy tego i nie szkodzi. Historia Anastasii i Christiana bardzo mi się podobała. Nie widzę nic złego w takich porównaniach. Nie wzorowałam się też na innych powieściach, pisałam po swojemu, a skąd czerpałam inspirację… to zakodowane jest gdzieś w otchłani mojego umysłu.

Robert Czyżycki

1. Czy pisząc książkę jest Pani jak malarz, który nie pozwala nawet zerknąć na zarys obrazu dopóki go nie skończy, czy jednak chętnie podsuwa Pani część tekstu bliskim, aby wysłuchać ich sugestii?

Podczas pisania „Oczu wilka” chyba rzeczywiście byłam jak malarz broniący swojego obrazu. Na dobrą sprawę prawie nikt nie wiedział o tym, że piszę książkę. Teraz, gdy tworzę drugą historię, często podsuwam fragmenty mężowi, chociaż nie wszystkie. Są sceny, z którymi chcę jeszcze pozostać sam na sam, szczególnie te, które trzeszczą tak głośno, że sama to słyszę. Ogólnie dobrze jest radzić się innych, można dzięki temu naprawdę udoskonalić tekst.

2. Praca pisarza daje satysfakcję, ale jest też wyczerpująca. Czy miewają Panie kryzysy twórcze?

Tak, dopadają mnie w najmniej oczekiwanych momentach. Pisze mi się świetnie, dzień za dniem i nagle bum, koniec. Nie widzę sensu w tym co napisałam, w tym co chcę jeszcze napisać. To trudne. Przy „Oczach wilka” też mi się zdarzało. Już wiem, że trzeba to przetrwać. Później wszystko znowu się rozpędza. Mam też wrażenie, że po każdym kryzysie nabieram ogłady. Budzę się do pracy silniejsza, z nowymi pomysłami i szerszą wizją mojej historii.

Izunia Raszka

1. Załóżmy, że mogłaby Pani przenieść się do świata przedstawionego w dowolnej powieści. Jaką by Pani wybrała książkę i dlaczego? A może żadną?

To jest bardzo trudne pytanie i wybrałabym odpowiedź – żadną – z samego szacunku dla tych wszystkich pochłoniętych przeze mnie historii, które dosłownie zapierały mi dech w piersi – dosłownie, bo czasem podczas lektury pewnych fragmentów naprawdę przestawałam oddychać. Przykładowo, gdy Lew Tołstoj opisywał pierwsze spotkanie Anny Kareniny i hrabiego Wrońskiego… już sam fakt, że o tym wspominam wywołuje we mnie ciarki. Wrócę zatem do czasów, gdy byłam małą dziewczynką. Wtedy bajką numer jeden była dla mnie Piękna i Bestia. Chciałabym znaleźć się w tym pałacu i obcować z księciem zaklętym w potwora, patrzeć jak się dla mnie zmienia i jak ja chcę zmieniać się dla niego. Bella i „Bestia” to chyba najciekawsi bajkowi bohaterowie, jakich poznałam.

2. Załóżmy, że proces napisania i wydania książki to potrawa. Jakie powinna mieć według Pani składniki?

1. Szczypta wyobraźni – nie za dużo, nie za mało
2. Łyżka pomysłu
3. Szklanka przeczytanych książek
4. Szklanka pokory
5. Kilogram wytrwałości

Wszystko mieszamy z otaczającą nas rzeczywistością.
Smacznego!

Sylwia Waligóra

1. Gdyby miała Pani określić siebie porównując się do zwierzęcia - jakie byłoby to zwierzę i dlaczego?

Musiałabym porównać się do kilku zwierząt. Jestem trochę psem, bo potrafię kochać bezwarunkowo, trochę kotem – obrażam się jak mało kto, ale zawsze na krótko i łatwo można mnie udobruchać, i trochę… baranem – bo bywam uparta, choćby to nie miało żadnych racjonalnych przesłanek. Poza tym baran to mój znak zodiaku i nazwisko panieńskie.

Katarzyna Jolanta Ba

1. Czy ktoś w Pani otoczeniu ma swoiste oczy wilka? ;)

Tak, znam pewną kobietę z wyjątkowo jasnymi, błękitnymi tęczówkami. Ma naprawdę zjawiskowe oczy. Czasem mam wrażenie, że między jej powiekami widzę kawałeczki letniego nieba. Ich barwa tworzy wyjątkowo ciepły efekt, co przy tak jasnym, niemalże białym odcieniu tęczówki zdawałoby się trudne do osiągnięcia. Ociepla je chyba pozytywna energia i to, że zawsze się śmieją.

2. Jak zachowałaby się Pani stając twarzą w twarz z wilkiem? :)

O jejku, chyba bym się bardzo przestraszyła, ale nie uciekałabym, bo pewnie byłabym od niego wolniejsza. Stanęłabym jak wryta i… liczyła na werdykt. Moja bohaterka w jednej ze scen spotyka wilka. Chyba byłam szczera ze sobą opisując jej bezład i szok…

Przemek Pomian

1. Czy przechadzając się po lesie wsłuchuje się Pani w odgłosy natury, wszystkie te szepty i czy nie towarzyszy Pani strach?

Gdy jestem w lesie w ciągu dnia, wszystko jest w porządku. Raczej delektuję się przyrodą i świeżym powietrzem. Czasem jeździmy do lasu na spacery z rodziną i to są miłe doświadczenia. Jest zielono, rześko, spokojnie. Kiedyś jednak zdarzyło mi się wędrować przez las późną nocą. Na szczęście nie byłam sama. To nie zmieniło faktu, że było przerażająco. Drzewa przypominały upiory z wyciągniętymi rękami, a każdy odgłos szelest, szum czy trzask uderzał we mnie ze zdwojoną siłą. To było straszne.

2. Jakie uczucia żywi Pani do pięknych ale jednocześnie niebezpiecznych stworzeń jakimi są wilki?

Podziwiam je. Według mnie mają w sobie metafizyczną moc. Ich oczy są hipnotyzujące, jakby prześwietlały człowieka na wylot, jakby wszystko o nim wiedziały i były od niego dużo mądrzejsze. Z resztą czuję, że tak jest.

Agnieszka E. Rowka

1.Co na Panią działa hipnotyzująco niczym okładka książki "Oczy wilka"?

Uwielbiam patrzeć na morskie fale. To jak powoli wyłaniają się z wody, nabierają mocy, po czym spokojnie opadają. Ten spokój chyba podoba mi się najbardziej. Jest pozorny, niesie za sobą potężną siłę. Czasem siedzę na plaży i po prostu przyglądam się wzburzonej wodzie. Do tego ten jednostajny szum…. Hipnotyzujący efekt.

2. Jaki jest Pani ulubiony miesiąc w roku i dlaczego akurat ten a nie inny?

Najbardziej lubię grudzień. Wtedy zawsze dużo się dzieje. Przyjeżdżają znajomi, których nie widziałam cały rok, spotykam się z rodziną i jem, jem, jem pełno smakołyków! Lubię świąteczną atmosferę, wspólne żarty i zaleganie na kanapie przy familijnym kinie. W ciągu roku nie mam na to czasu, a wtedy można trochę zwolnić i pozwolić sobie na prawdziwe leniuchowanie.

Ewa Romańczuk Gancarczyk

1. Alicja jak wspominasz czasy liceum ? I czy pomysł na książkę zrodził się już dawno ? Pozdrawiam Cię serdecznie

Ewcia bardzo mi miło, że napisałaś. Ty chyba jesteś gdzieś za granicą? Czasy Liceum wspominam bardzo dobrze. Uważam, że to jeden z najciekawszych okresów w moim życiu. Byłam, z resztą wszyscy byliśmy wtedy otwarci na świat, spragnieni nowych doświadczeń i trochę naiwni. Wszystko było takie pierwsze, świeże. Już wtedy czułam, że to dobry czas i korzystałam z niego.

Pomysł na książkę narodził się już dawno, dojrzewałam do tego i w końcu zaczęłam pisać. Mam nadzieję, że kiedyś sięgniesz po stworzoną przeze mnie opowieść i że przypadnie Ci do gustu. Trzymaj się ciepło.

Joanna Wiewióra

1. Dlaczego tytuł książki to akurat ,,oczy wilka" a nie na przykład innego zwierzęcia. Czy ma Pani jakiś sentyment akurat do wilków lub wyróżnia je w jakiś sposób?

Początkowo nie wiedziałam jaki będzie tytuł. W pierwszej wersji chciałam nazwać tę historię „W jego oczach”. Wydaje mi się, że to też pasowałoby do fabuły. Później jednak doszłam do wniosku, że warto od samego początku podkreślić ten wilczy błękit bijący z oczu Artura. Poza tym sam wilk i jego oczy mają też znaczenie w mojej opowieści. Są pewnym symbolem. Dlatego też zmieniłam tytuł. A dlaczego wilki? Potrzebowałam ich oczu. Są bardzo wyraźne, zimne, kryje się w nich tajemnica. To pasuje do książki.

2. Jak widzi się Pani za 10 lat. Czy dalej jako spełniająca się pisarka czy jako ktoś zupełnie inny?

Chciałabym do tego czasu napisać kilka książek, oby dobrych. Nie wiem tak naprawdę co będzie, ale wiem, że chcę pisać, pisać, pisać, tworzyć nowe opowieści, alternatywne światy, bohaterów, którymi szargają różne problemy, nabrać wiatru w żagle. Zobaczymy co z tego wyjdzie.

Ola Stemplewska

1. Co Pani daje szczęście, powoduje uśmiech na twarzy?

Lubię przebywać z ludźmi, którzy mają poczucie humoru. Zaliczam do nich mojego męża i już dwuletniego synka. Z nikim tak się nie śmieję jak z nimi. Jestem też szczęśliwa, gdy mogę usiąść w ogrodzie z kawą i dobrą książką w dłoni. Kiedyś dużo radości sprawiało mi bieganie. Po mniej więcej dwudziestu minutach endorfiny dopływały do mojego umysłu i ogarniała mnie euforia. Miałam wrażenie, że unoszę się nad ziemią. Teraz nie mam już czasu na bieganie, ale nie szkodzi. Zastąpiłam je pisaniem. Czasem, gdy pochłania mnie jakaś scena, też czuję, że odpływam w krainę szczęścia, trochę innego, stłumionego, ale też trwalszego.

2. Jakie smaki/zapachy kojarzą się Pani z dzieciństwem?

Naleśniki smażone przez moją babcię. Były pyszne. Podawała je z bananami, albo z dżemem. Robiła też świetne „orzeszki” – ciasteczka przypominające kształtem orzechy włoskie. Tylko ona umiała zrobić do nich tak pyszną masę. Już od kilku lat staram się odtworzyć ten smak, ale wciąż mi się nie udaje… Szkoda, że nie zostawiła przepisu. I ta zupa „nic” robiona przez moją mamę… Pianki z białka, które rozpływały się w ustach… Czasem jak ją jem w rodzinnym domu wracam myślami do czasu kiedy byłam mała i wyławiałam je ukradkiem z garnka. Jak widać byłam łasuchem.

Anna Kimszal

1. W jaki sposób najlepiej lubi Pani wypoczywać, relaksować sie??

Uwielbiam odpoczywać na łonie natury, rozłożyć koc na trawie, albo leżak na dzikiej plaży. Teraz, kiedy mam małego synka pląsającego między nogami, jest to „nieco” trudniejsze, ale i tak udaje mi się znaleźć chwilę, żeby odpocząć. Zamykam oczy, słucham szumu drzew, lub fal, odgłosów przyrody. To wpływa do mojego umysłu, wypychając na zewnątrz wszystkie troski i zmartwienia. Ostatnio też spodobało mi się chodzenie po górach. Jest w tym coś kojącego. Tylko nie może być zbyt stromo!

2 .Co zainspirowało Panią do napisania tej książki??

Do tej pory nie potrafię powiedzieć co zainspirowało mnie do napisania „Oczu wilka”. Ta historia we mnie siedziała, oczywiście w większym uogólnieniu, szerszym zarysie. Jednak ze strony na stronę wiedziałam co pisać, słowa same wylatywały spod moich palców – jak już wspominałam w innym wywiadzie.

Aga Dawidowska

1. Okładka przyciąga uwagę nie powiem ze nie . Oczy magnetyczne ,dlaczego wilki i akurat taki tytuł czym pani się inspirowała .Pozdrawiam dodam ze książki jestem ciekawa .

Na to pytanie odpowiedziałam już wyżej… wilki mają w sobie magię, ich lazurowe oczy zdają się przeszywać człowieka na wylot. Są zimne i tajemnicze, jak historia Leny i Artura.


Dziękujemy Alicji za poświęcony czas!


George Michael - Rob Jovanovic

"Osiągnąłem to, czego pragnie każdy artysta: część mojej twórczości mnie przeżyje." George Michael

25 grudnia 2016 świat obiegła wiadomość, która wstrząsnęła całą branżą muzyczną, jak i milionami fanów na całym globie. George Michael nie żyje. Odszedł jeden z najpopularniejszych wokalistów w historii światowej muzyki rozrywkowej. Nie ma chyba osoby, która nie znałaby jego piosenek. Fenomenalny głos, fantastyczny wykonawca i twórca dziesiątek hitów ze światowych list przebojów, stawiany na równi z tak wielkimi sławami, jak Michael Jackson, Madonna czy Withney Houston. Wraz ze śmiercią Georga Michaela skończyła się pewna epoka w muzyce.
Również dla mnie to był spory cios i niepowetowana strata. Jakaś część mojego dzieciństwa i młodości odeszła wraz z nim.

Rob Jovonovic jest autorem przede wszystkim biografii. Spod jego pióra wyszły życiorysy takich gwiazd jak Kate Bush, Beck, R.E. M. czy Nirvany. Ta książka to pierwsza pośmiertna biografia Georga Michaela.

Jego pełne imię i nazwisko brzmiało Georgios Kyriacos Panayioto, urodził się w rodzinie greckich emigrantów i wychował w Londynie. Będąc młodym chłopcem wraz z przyjacielem ze szkoły Andrew Ridgeleyem założył zespół Wham! Od tej pory zaczyna się triumfalny pochód na szczyt. Szturmem zdobywają pierwsze miejsca światowych list przebojów i rzesze zakochanych fanek. Kto z nas nie bawił się przy takich hitach jak "Wake me up before you go-go", "Careless Whisper", "The Edge of Heaven" czy "Club Tropicana". Jednak w 1986 roku zespół Wham! kończy swoją działalność, a George Michael rozpoczyna karierę solową. Również jako solista odnosi ogromne sukcesy. Hit za hitem, miliony sprzedanych płyt, występy telewizyjne, genialne koncerty na żywo gdzie George daje z siebie wszystko i tym samy potwierdza, że jest dobry w tym, co robi. Na swoim koncie ma również kilka wielkich światowych tournee, które przysporzyły mu kolejnych zachwyconych fanów. George Michael jest sławny i bogaty, ale czy to jest właśnie to, o czym marzył jako młody chłopiec. Czy właśnie tak to sobie wyobrażał?

"W tym wieku-miałem tylko 25 lat, kiedy ruszyłem w objazd z "The Faith" - czułem taką pustkę związaną ze skalą popularności, jaką zdobyłem, że nie dostrzegałem żadnych dobrych stron sławy. Nie potrafiłem cieszyć się osiągnięciami, gdyż zbytnio pochłaniały mnie rozważania o tym, co może dać mi szczęście, skoro ten niewiarygodny fakt mnie nie uszczęśliwia. Myślę, że samotność doskwiera jeszcze bardziej, kiedy co wieczór otacza cię bardzo głośno wyrażany podziw tysięcy osób, a później sam wracasz do hotelu. Patrząc z perspektywy czasu, myślę, że właśnie poczucie samotności pomyliłem z niezadowoleniem z tournée." George Michael

 
Wyobrażenia przerosły rzeczywistość. George nie radzi sobie ze sławą, nie godzi się na bycie seksowną marionetką w rękach wytwórni płytowych i menadżerów. Nie chce robić i mówić tylko tego, czego oczekują od niego fani, nie chce, aby mówiono mu, co ma robić, jak ma wyglądać i z kim się spotykać lub nie. Od lat poszukuje własnej tożsamości, marnując czas na nic nieznaczące związki z kobietami. Podczas jednego z koncertu poznaję Anselma Feleppę, pierwszy raz zdaje się być zakochany i szczęśliwy. Euforia jednak nie trwa długo. U Anselma wykryto Aids, niedługo potem umiera. George popada w depresję. Sięga po narkotyki, alkohol i antydepresanty. W międzyczasie umiera jego ukochana mama, co pogłębia jego depresję. Coraz częściej dochodzi do skandali z jego udziałem, które znamy z tabloidów.

Odniosłam wrażenie, że z biografii Georga Michaela wyłania się portret człowieka głęboko nieszczęśliwego. Odniesiony sukces nie przekłada się na życie prywatne. George zdaje sobie sprawę, że to jednak nie tak miało wyglądać jego
życie. To, kim się stał, nie przynosi mu satysfakcji.
Bardzo lubię czytać biografie (w szczególności autobiografie), przeczytałam ich już wiele i sporo posiadam w swojej kolekcji. Jednak za każdym razem dochodzę do tej samej konkluzji: ludzie z pierwszych stron gazet tak naprawdę nie są szczęśliwi i za nic w świecie nie chciałabym zamienić się miejscami, z kimkolwiek z nich, stać się sławną i rozpoznawalną. Możecie mi wierzyć albo nie.

Biografia Georga Michaela posiada kilka minusów. Choć uwielbiałam muzykę Georga, to nie mogę się nazwać fanką z prawdziwego zdarzenia, która śledziła życie swojego idola i wie o nim niemal wszystko. W związku z tym zapoznałam się z opiniami fanów i zrobiłam niewielki research. Stad wiem, że w książce jest sporo błędów i niezgodności. Wydaje mi się, że pisząc o tak wielkich gwiazdach, a szczególnie kiedy nie ma ich już wśród nas, to z samego szacunku należałoby się trochę lepiej do tego przygotować. Mimo to czytałam tę biografię z zapartym tchem, trwało to nieco dłużej niż zwykle, gdyż podczas opisów powstawania kolejnych utworów i teledysków nie mogłam się oprzeć, żeby nie wyszukiwać ich na Youtube i oglądać jeszcze raz :).

W związku z tym, że już parę wiosenek sobie liczę, twórczość Georga Michaela, a w szczególności zespołu Wham! przypadła na czasy końca mojej podstawówki, stad bardzo dobrze pamiętam ich muzykę i teledyski. To były świetne czasy. Wróciły wspomnienia i do dziś pozostał ogromny sentyment. Już chyba do końca świata i jeden dzień dłużej, jak mawia Jurek Owsiak, co roku George Michael będzie nam towarzyszył w przygotowaniach do świąt Bożego Narodzenia wraz ze swoim nieśmiertelnym "Last Christmas".
Ta książka zabrała mnie w bardzo emocjonalną podróż do czasów mojej młodości. Jeśli i Wy chcecie odbyć taką podróż, to polecam Wam tę biografię.


Za możliwość przeczytania dziękuję wydawnictwu Wielka Litera

niedziela, 11 czerwca 2017

Confess - Colleen Hoover

Colleen Hoover jest dla mnie mistrzynią w tym, co robi. Jej książki są niezwykle wzruszające, emocjonujące, pełne pasji i zawsze chłonę je całą sobą. Jeszcze nigdy na żadnej z jej powieści się nie zawiodłam i mam nadzieję, że pozostanie już tak zawsze. Zapraszam na recenzję „Confess”.

„Znajdź w sobie odwagę, by wyznać... SEKRET, PRAWDĘ, MIŁOŚĆ”

Owen jest artystą, który przenosi na płótno bolesne i wstydliwe wyznania anonimowych osób. Jego galeria otwarta jest tylko jeden dzień w miesiącu i to właśnie wtedy poznaję Auburn, dziewczynę, która niespodziewanie pojawia się w jego galerii. Auburn szuka dodatkowej pracy i bardzo potrzebuje pieniędzy, a tak się składa, że Owen potrzebuje asystentki. Czy oboje pomogą sobie nawzajem? Chłopak bardzo szybko zakochuje się w dziewczynie, staje się ona dla niego natchnieniem, inspiracją i jest jego przeznaczeniem. Jednak Auburn nie szuka miłości, ona walczy o odzyskanie normalnego życia. Czy mają szansę? Czy obrazy Owena, to tylko wyznania anonimowych osób, czy może skrywają też jego tajemnice? Tego wszystkiego musicie dowiedzieć się sami.

Colleen Hoover to autorka bestsellerowych powieści z gatunku New Adult. Zaczęła pisać dla przyjemności, ale pisarstwo szybko stało się pasją i sposobem na życie. Jej powieści trafiły na listy bestsellerów „New York Timesa”, zostały także wysoko ocenione przez użytkowników Goodreads.

Kocham, uwielbiam i niezwykle sobie cenię twórczość Colleen Hoover, każda z jej książek jest wyjątkowa i po przeczytaniu trafia na specjalną półkę, która mieści się w moim sercu. To są powieści, o których się nie zapomina i często się do nich wraca. Hoover potrafi umiejętnie grać na emocjach, pisać o miłości, przyjaźni i sprawach trudnych i bolesnych w sposób, który chwyta za serce. Każde jej słowo, które zostaje przez nią przelane na papier, wgryza się w moją duszę i porusza najczulsze struny mojej wrażliwości. Oczywiście tak samo było w przypadku „Confess”, gdzie już sam prolog wycisnął ze mnie morze łez i tak samo było z epilogiem, który okazał się bardzo piękny i wzruszający.

„Zawsze będę cię kochał. Nawet kiedy już nie będę mógł.”

„Confess” to w moim odczuciu powieść bardzo oryginalna. Oryginalny początek, oryginalny koniec i wszystko, co pomiędzy. Dla mnie chyba każda książka Colleen jest taka i wcale się nie dziwię, że jej książki stają się bestsellerami. Nie każdy autor w tak piękny sposób potrafi pisać o miłości i wzbudzać w czytelniku całą gamę emocji, które momentami potrafią miażdżyć serce.

Jeżeli chodzi o kreację Owena i Auburn to wyszła ona autorce genialnie. Oboje są zagubieni, zmagają się z przeszłością i stratą bliskiej osoby. Oczywiście Owen to bohater, który w momencie skradł moje serce, to wspaniały artysta, wrażliwy i dobry człowiek. Żyje chwilą i zmaga się bolesną przeszłością. Za to Auburn to dziewczyna, która chce odzyskać normalne życie i z nadzieją patrzy w przyszłość, jednak i jej bolesna przeszłość nie pozwala o sobie zapomnieć. Oboje mogą ocalić siebie nawzajem, tylko czy pojawiające się tajemnice, nie zniszczą wszystkiego?

Narracja prowadzona jest naprzemiennie, czyli tak jak uwielbiam, ponieważ ułatwia mi to dogłębne poznanie każdego bohatera. Raz poznajemy myśli i przemyślenia Auburn, innym razem Owena. Bardzo lubię, gdy w książkach pojawia się męski punk widzenia, daje zawsze on inne światło na wiele sytuacji i bardzo często zmienia mój tok myślenia.

To co bardzo podobało mi się w tej powieści, to wyznania czytelników Colleen Hoover. Każde wyznanie jest autentyczne i czytelnicy przesyłali je autorce anonimowo. Gdy je czytałam to serce mi się krajało, bo sama takich wyznań znalazłabym kilka w swoim wnętrzu. Łatwiej jest czytać fikcję literacką, gorzej już sobie radzę z czymś co realnie dotyka drugiego człowieka i wiem, że sam w samotności się z tym się zmaga. Oto kilka z nich...

„Czasem się zastanawiam, czy śmierć nie byłaby łatwiejsza od macierzyństwa.”

„Każdego dnia jestem wdzięczna za to, że mój mąż i jego brat są do siebie tak podobni. To oznacza mniejsze prawdopodobieństwo, że mój mąż odkryje, że nasz syn nie jest jego dzieckiem.”

„Nigdy nie pokazałam się nikomu bez makijażu. Najbardziej boję się tego, jak będę wyglądała na swoim pogrzebie. Prawie na pewno zostanę skremowana, bo mój brak pewności siebie ma tak głębokie korzenie, że będzie mnie dręczył nawet po śmierci. Dziękuję ci za to, mamo.”

Długi czas zastanawiałam się, czy byłabym w stanie podzielić się z kimś swoimi lękami i obawami... i wiecie co? Wydaje mi się, że nie, nawet anonimowo.

W książce znajdują się także przepiękne obrazy autorstwa Dannyego O'Connora, które w książce są pracami Owena i idealnie odzwierciedlają niektóre z wyznań.

Jestem tą książką oczarowana i mogę ją polecić każdemu, a w szczególności fanom twórczości Colleen Hoover. To powieść o miłości, o trudnym i bolesnym wkraczaniu w dorosłość, o poświęceniu względem drugiej osoby, a przede wszystkim o przeznaczeniu, które bez żadnego uprzedzenia może zawitać do naszego życia.

Prawdziwa miłość zdolna jest do wielu poświęceń.


Za możliwość przeczytania książki dziękuję Wydawnictwu Otwarte.